Strona główna Najnowsze artykuły Maja Popielarska w ogrodzie i w życiu
Strona główna Najnowsze artykuły Maja Popielarska w ogrodzie i w życiu

Maja Popielarska w ogrodzie i w życiu

autor: Dominika Bagińska

Ciepły uśmiech, kojący głos i ta niezwykła umiejętność opowiadania o zieleni. Maja Popielarska od lat należy do ulubionych bohaterek szklanego ekranu. Nam opowie o tym, jak udaje jej się łączyć wyzwania zawodowe z macierzyństwem. Jak łapie zdrowy dystans i równowagę w tych szalonych czasach – i co kryje jej ogród.

Maja Popielarska jest absolwentką architektury zieleni na SGGW w Warszawie, ale życie zawodowe związała z telewizją. Znamy ją jako dziennikarkę, prezenterkę TVN Meteo, TVN 24, prowadzącą program Grunt to zdrowie, ale przede wszystkim gospodynię programu Maja w ogrodzie (TVN). Od marca prowadzi najnowszy sezon tego programu na antenie HGTV.

Prywatnie mama dwóch synów (10- i 20-latka), która w macierzyństwie odnajduje wielką radość i spełnienie. Jak udaje jej się łączyć liczne podróże zawodowe, godziny spędzane na planie zdjęciowym z byciem mamą i po prostu kobietą? I z czego bierze się ten jej charakterystyczny kojący spokój? Pytamy.

Dominika Bagińska: Skąd pasja do ogrodu? Dlaczego zdecydowała się Pani związać z taką tematyką?

Maja Popielarska: To wypadkowa wielu czynników. Po pierwsze, zwyczajnie zawsze interesowała mnie przyroda. A ogród jest taką mikroprzyrodą. Ciekawiło mnie, co się dzieje w ziemi, co może z niej wyrosnąć, jak to będzie wyglądać, pachnieć. Lubię się też zastanawiać, jakie stworzenia mieszkają w takiej przestrzeni.

No i miałam to szczęście, że dziadkowie posiadali ogród, a tata był leśnikiem. Wiedza o przyrodzie przychodziła do mnie naturalnie. A wrażliwość na piękno natury chyba się po prostu ma. Z czasem ją tłumimy lub pozwalamy jej rozkwitnąć. U mnie zdecydowanie rozkwitła. To pewnie też sposób na poradzenie sobie z naszym szalonym życiem. Dla mnie – na pewno.

– Odwiedziła Pani wiele najpiękniejszych ogrodów na całym świecie. Ale czy nie jest tak, że w swoim ogrodzie odnajduje Pani prawdziwe chwile wytchnienia?

– Wiele razy w ciągu dnia, kiedy przechodzę z kuchni na werandę, skąd mam widok na ogród – zatrzymuję się, by na niego patrzeć. Bardzo często też wychodzę do ogrodu – lubię obserwować, jak się zmienia, jak pracuje w nim światło, jak zachowują się ptaki i zwierzęta, o których dowiaduję się dzięki śladom, jakie po sobie zostawiają. Ta rozkosz patrzenia jest moim mindfulness.

Oczywiście zwykle pojawia się zaraz myśl: „O rany, jeszcze tyle pracy trzeba będzie włożyć w mój ogród!”. Wczoraj spędziłam tam trzy godziny i potem ledwo mogłam się ruszać, ale byłam z siebie dumna. Dziś jednak dotarło do mnie, że powinnam zrobić o wiele więcej, i trochę mnie to przytłoczyło. Wciąż słyszę wewnętrzny głos: „Powinnaś, powinnaś”… To bardzo obciążające słowo dla wielu kobiet na całym świecie.

Rośliny miododajne – jak stworzyć ogród, który pokochają owady zapylające?

Maja Popielarska (Maja w ogrodzie) spaceruje po ogrodzie w fioletowej sukience.

Fot. Piotr Mizerski / TVN

– Czy Pani ogród jest taki, jak w Pani programach – niezwykle piękny i dopracowany?

– Dla mnie jest. Choć wiem, że nie dla wszystkich. Na dowód przytoczę pewną historię. Otóż kuzyn moich sąsiadów poprosił, by mu pokazano „ten ogród Popielarskiej”. Wszedł i zapytał: „To? Co tu jest takiego ciekawego?”. Cóż, pewnie spodziewał się czegoś bardziej okazałego. Mam tylko 600 metrów kwadratowych ogrodu, ale to mój raj! Miejsce, w którym się dobrze czuję. Oczywiście mogłabym wprowadzić przeróżne atrakcje, wodotryski – ale nie są mi do niczego potrzebne. Podoba mi się to, co mam.

Przeprowadzam tam często różne zmiany. Jednak przede wszystkim lubię zwyczajne rzeczy: drobne kwiatki w trawniku (które czasem trzeba oglądać przez lupę – takie są malutkie), żaby, które śpią zakopane w liściach mojego małego oczka wodnego (a w każdym razie lubię tak myśleć). Oczko jest niewielkie, ale kąpią się w nim kosy i sikorki – co kocham obserwować. Mój ogród daje mi wielką radość – odwrotnie proporcjonalną do swojej wielkości. Ogród mały może być znacznie ciekawszy niż wielki – ale źle założony.

– Kiedy umawiałyśmy się na wywiad, wspomniała Pani, że traktuje Pani swoje macierzyństwo jako coś najważniejszego, kształtującego życiowo. Czy bycie osobą popularną, wiele podróżującą, pozwala na pełnię macierzyństwa? Czy udało się Pani odnaleźć tu równowagę?

– To trudne. W sezonie często wyjeżdżam na zdjęcia, dzieje się tak od lat i dotyczyło to po kolei każdego z moich synów. Z drugiej strony taka sytuacja uczy dzieci, że czasem tak po prostu wygląda praca. Kiedy mój młodszy syn się skarży, że mnie znowu nie będzie (starszy jest już dorosłym młodzieńcem), tłumaczę mu, że wyjeżdżam, ale przecież gdybym była lekarzem, musiałabym iść przykładowo na nocny dyżur. Gdybym prowadziła tramwaj – musiałabym zarwać niejedną noc na swojej zmianie.

Oczywiście takie sytuacje są bolesne. Na przykład kiedy nie mam czasu kupić synowi butów czy usiąść z młodszym i pomóc nauczyć się wiersza. Albo – kiedy mam tę chwilę, ale po prostu brak mi już siły i cierpliwości. To taki stan, kiedy jest się tak bardzo zmęczonym, że marzy się tylko o poduszce. Moment zasypiania jest dla wielu mam najwspanialszą chwilą dnia. Ale to nie znaczy, że nie kochamy naszych dzieci. Przeciwnie. I może właśnie dlatego jesteśmy tak bardzo zmęczone.

Jak słusznie powiedziała Magda Mołek – pora odczarować macierzyństwo, które nie jest glamour. Zgadzam się z tym – zakładam rano niewyjściowy dres, kalosze, kurtkę i biegnę z młodszym synem do szkoły. Bo mamy jeszcze fajny czas na pogadanie po drodze. On to bardzo lubi, choć pod samą szkołą prosi, bym już sobie poszła, bo koledzy patrzą. To takie urocze. Także mój starszy syn nadal chce ze mną rozmawiać – to najwspanialsza nagroda, jaką mogłam w życiu dostać. Cieszę się, bo na razie wciąż udaje mi się na nią zasłużyć.

Ogródek warzywny na balkonie – 7 warzyw, które możesz hodować w domu

Maja Popielarska siedzi na ławce w ogrodzie.

Fot. Piotr Mizerski / TVN

– A jakie są Pani sposoby na stres związany z wykonywaniem zawodu, wypracowane przez lata doświadczeń? Coraz więcej osób medytuje, by tak odnaleźć równowagę. A Pani?

– Cóż, przyznam, że medytacja jest czymś, co dopiero zaczynam poznawać. Od niedawna uczę się natomiast dobrze oddychać. Staram się nie działać automatycznie i kiedy uda mi się w porę zorientować, że czas na rozluźnienie – świadomie robię pogłębione wdechy i wydechy. To bardzo pomaga. Skupiam uwagę na oddechu, by nieco wyczyścić głowę. Ale jestem dopiero na początku tej drogi.

Zawsze pomaga też spacer po lesie, parku czy bycie w ogrodzie. To mój ulubiony sposób na to, by się wyłączyć. Kiedy obserwuję przyrodę, nie pojawiają się trudne, męczące myśli. Zastanawianie się, co ptak, którego obserwuję, zamierza zrobić, co się teraz dzieje w jego życiu – to też doskonały reset. Bo tu nie muszę reagować. Po prostu obserwuję. To jest mój sposób na spokój.

Mam też bardzo wrażliwe zmysły, szczególnie ważny jest dla mnie zapach. Staram się mieć w ogrodzie dużo pachnących roślin. Staję, zamykam oczy i chłonę dźwięki i zapach. Wspaniały sposób na wyzerowanie się. Poza tymi związkami z przyrodą, które pozwalają aktywnie odpocząć mojej głowie, jest tenis, na którego zajęcia regularnie chodzę. Uwielbiam tę godzinę, kiedy jestem zlana potem i skupiam się tylko na tym, by dobrze odbić piłkę. Raz zdarzyło mi się, że widziałam jedynie ją i nic poza tym. Cały świat mi się rozmazał. Nie sądziłam, że jestem do czegoś takiego zdolna. Bardzo ciekawe przeżycie.

– Z Pani programów płynie wielki spokój, co daje wielu odbiorcom ukojenie. Jak Pani to osiąga?

– Kiedy w programie idę do kogoś z wizytą, skupiam się wyłącznie na tej osobie. Staram się, by błyszczała, poświęcam jej całą swoją uwagę. Pilnuję, by wtedy zamknąć w plecaku swoje uczucia i problemy, a wyjąć to, co jest potrzebne na planie. To też dla mnie oczywiście rodzaj resetu.

Choć pozornie sielski (na łonie natury) dzień zdjęciowy nie jest łatwy. Bardzo często to dla mnie ogromne przeżycie – fizyczne i psychiczne. By uzyskać efekt swobody, trzeba się mocno napracować. To trochę jak z prostą, ładną sukienką. Mało kto zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele pracy i umiejętności potrzeba, by ją dobrze skroić. Ile przymiarek zrobić, ile szwów popruć – żeby była doskonała.

Hortiterapia – czym jest ogród terapeutyczny?

Maja Popielarska opowiada o swoim ogrodzie, macierzyństwie i równowadze w życiu.

Fot. Piotr Mizerski / TVN

– Prowadziła Pani kiedyś program Grunt to zdrowie, co zapewne wiąże się z tym, że przykłada Pani dużą wagę do odpowiedniego trybu życia. Ma Pani na to swoje domowe sposoby?

– Uważam, że najwięcej zależy od tego, jaki się prowadzi tryb życia. Oczywiście ze względu na zawód nie żyję zbyt higienicznie, bo nie pilnuję np. pór posiłków, choć bardzo bym chciała. Natomiast bardzo zwracam uwagę na to, co jem. Przy czym odpuszczam sobie od czasu do czasu, zwłaszcza kiedy mój wewnętrzny chochlik mówi mi: „Zjedz dziś kawałek pysznej kiełbaski”, a ja mu ulegam.

Uważam, że ten wewnętrzny głos też trzeba czasem „podopieszczać”. Podobnie jest ze słodyczami, których nie jem na co dzień, ale potrafię się rzucić na ciastko, pójść na pączka. Jednak bardzo pilnuję w domu naszych posiłków. Uwielbiam gotować. Jedzenie ma być różnorodne, z dużą ilością warzyw. Mój młodszy syn lubi odżywiać się bardzo zdrowo. Na śniadanie najchętniej je zupę lub kaszę gryczaną albo jęczmienną z groszkiem (w żadnym wypadku nie mannę). Starszy syn jest sportowcem, więc też zwraca uwagę na to, co je.

– A czy jest Pani bliska medycyna naturalna?

– Tak, bardzo! Głównie ona. Kiedy coś zaczyna się dziać z naszym zdrowiem, staram się reagować na to bardzo spokojnie. Szukam przyczyn i zaczynam od domowych sposobów. Oczywiście zdarza się, że kończy się na wzięciu tabletki, ale w miarę możliwości stawiam na to, co naturalne.

Kiedy pojawia się przeziębienie, smaruję klatkę piersiową kamforą, rozgrzewam stopy, pozwalam działać gorączce. Są efekty: moi synowie brali antybiotyk może raz w życiu! Odrobaczam ich też raz na pół roku na wszelki wypadek, bo mają styczność ze zwierzętami. Dbam, by odpowiednio dużo spali, pilnuję, by młodszy syn chodził spać o odpowiedniej porze. Ostatnio uczę się działania olejków eterycznych. Bardzo cenię też zioła.

Poza tym moje dzieci nie są nigdy przegrzane, biegają po śniegu boso. Starszy syn (trenuje narciarstwo wysokogórskie) kąpie się w potoku górskim. Pilnuję, by młodszy nosił raczej lekkie ubranie – oczywiście zawsze dopytuję, czy mu nie zimno. Nie robię jednak problemu z tego, że wybiega do ogrodu w koszulce przy pięciu stopniach Celsjusza. Obserwuję go, widzę, że mu to służy, i tego się trzymam. Czego nie robiła moja mama. Miałam wieczne problemy z gardłem, a prawdopodobnie była to alergia na mleko. Mama myślała zaś, że angina. Więc do maja chodziłam w kozakach. Cóż, wtedy tak się postępowało. Mama chciała jak najlepiej.

Maja Popielarska wśród wysokiej trawy. Opowiada o swojej pasji do przyrody, swoim ogrodzie i macierzyństwie.

Fot. Piotr Mizerski / TVN

– W wielu wywiadach podkreśla Pani korzyści z dojrzałego rodzicielstwa, umiejętności życia w zgodzie ze sobą. Co poradziłaby Pani naszym czytelniczkom? Co, według Pani, w tym życiu jest ważne?

– Warto uczyć się słuchania swojego organizmu, bo on nam podpowiada bardzo dużo. Dla ambitnej kobiety, mamy najtrudniejsza może być umiejętność odpuszczenia sobie czasami pewnych rzeczy. Uważam, że niedoskonałość bywa wartościowsza niż zaspokajanie wszystkich ambicji. W dłuższej perspektywie bycie zbyt ambitną i trzymanie się regulaminu życia, w którym najważniejsze bywa słowo „powinnam”, jest po prostu krzywdzące i niszczące.

Jesteśmy wychowane w społeczeństwie, w którym nie dowartościowuje się człowieka. Oczywiście rozwój jest wspaniały, ale zbyt silna ambicja de facto ogranicza. Nieumiejętność bycia zadowolonym z siebie też odbiera poczucie wartości i siłę. Cały czas próbuję znaleźć na to przepis. Umieć autentycznie cieszyć się z tego, co się zrobiło, powiedzieć sobie wieczorem: „To był naprawdę udany dzień. Udało mi się to, to i to. Nie udało mi się to i to, ale to też dobrze”. By rachunek był pozytywny. Sama do tego doszłam całkiem niedawno, choć wciąż się uczę i pracuję nad sobą.

Dzięki temu, że między moimi synami jest dziesięć lat różnicy, mam możliwość obserwowania, jak zmienia się moje podejście do spraw wychowania. Starszy syn, kiedy mu radzę, by czegoś nie robił, skarży się, że sama mu tak mówiłam. Dziś uważam, że nie ma sensu popełniać takich błędów jak dążenie do nadmiernej perfekcji. Najważniejsze jest chyba, by nauczyć nasze dzieci radzenia sobie w każdej sytuacji. Ale w taki sposób, by po drodze nikogo nie niszczyć.

Patrycja Woy-Wojciechowska zwyczajnie o życiu na mazurskiej wsi

Najnowsze artykuły