Strona główna Najnowsze artykuły Agata Ziemnicka: karm się z miłością
Strona główna Najnowsze artykuły Agata Ziemnicka: karm się z miłością

Agata Ziemnicka: karm się z miłością

autor: Dorota Mirska-Królikowska Data publikacji: Data aktualizacji:
Data publikacji: Data aktualizacji:

Jedzenie jest pyszne, pożywne i zdrowe! To cudowne źródło składników, które odżywiają nasze ciała, sprawiają, że myślimy, jesteśmy zdrowe, twórcze, szczęśliwe. Czas wreszcie przekonać Polki, żeby przestały katować się dietami cud i obwiniać o nieidealną sylwetkę. Jak zacząć karmić się z miłością i jak jedzeniem wyrażać szacunek do samej siebie, mówi Agata Ziemnicka – dietetyczka i psycholożka, ekspertka kampanii „Naturalnie szczęśliwe” marki Kneipp, edukatorka żywieniowa. Założycielka Fundacji „Kobiety bez diety”.

„Tego nie jedz, od tego przytyjesz, to ma za dużo kalorii, najwyższy czas schudnąć” Jak często przy stole powtarzasz sobie w głowie takie nakazy i zakazy? Obawiam się, że często… My, kobiety, nie akceptujemy swoich ciał, swojego wyglądu, ciągle jesteśmy na diecie. Ale, choć odmawiamy sobie wszystkiego, i tak spoglądamy w lustro z niechęcią. Według sondażu TNS OBOP 84 procent Polek poddałoby się operacji plastycznej, gdyby znalazło na to fundusze. Tylko 4 kobiety na 100 uważają się za atrakcyjne.

Jesteśmy w ciągłym zacisku – sfrustrowane i zestresowane, dążymy do niedoścignionego ideału. I nic nam nie wolno jeść, bo boimy się przytyć. Na szczęście coraz więcej specjalistów mówi temu – DOŚĆ! Czas spojrzeć na odżywianie w inny sposób, zacząć traktować posiłki jako coś wspaniałego i dobrego dla nas. Uwolnić się z niewoli wiecznej diety, odpuścić i zatroszczyć się o siebie mądrze i z miłością. Jak to zrobić, mówi Agata Ziemnicka – dietetyczka i psycholożka, ambasadorka intuicyjnego odżywiania się dla dobrego samopoczucia, a nie dla odchudzania.

Dorota Mirska-Królikowska: Czy naprawdę wśród nas, kobiet, problem z postrzeganiem swojego ciała i lęku przed jedzeniem jest tak ogromny, jak pokazują to statystyki?

Agata Ziemnicka: Niestety to prawda. Od kiedy zaczęłam studiować psychologię i przyjmować przychodzące do mojego gabinetu kobiety, słyszę nieustannie, że nienawidzą swoich ciał. Mówią, że nienawidzą siebie za to, co jedzą, jak jedzą i nienawidzą jedzenia w ogóle.

Najczęściej ten negatywny obraz siebie i swojego ciała wyniosły z domu. Otrzymały potworny przekaz od rodziców, głównie matek, niestety, że są: grube, leniwe, nic nie potrafią. Były zmuszane do jedzenia albo zabraniano im jeść. Właściwie każde ze spotkań indywidualnych to kolejna trauma. Wielokrotnie słyszałam od pacjentki, że najchętniej odrąbałaby kawałek swojego ciała siekierą…

Jesteś wystarczająco dobra

– …siekierą? Straszne!

– Nieprawdopodobnie frustrujące. Te kobiety tak bardzo nie akceptują swojego ciała, że nawet pod prysznicem nie chcą na siebie patrzeć, nie oglądają się w lustrze, niechętnie się dotykają. Seks? Tylko przy zgaszonym świetle albo nie ma go wcale. Nie wyjeżdżają na wakacje, żeby nie wychodzić na plażę. One cały czas się wstydzą tego, jak wyglądają.

Niemal 90 procent moich pacjentek przychodzi z ogromnym ciężarem, poddają się kompletnej autodestrukcji, która kręci się wokół cielesności i jedzenia. W zdecydowanej mniejszości trafiają do mnie dziewczyny, które np. przytyły w ciąży i chcą wrócić do swojej wagi albo mają jakiś problem zdrowotny, np. z tarczycą, i proszą o ułożenie specjalnej diety. Ostatnio coraz częściej pojawiają się natomiast kobiety z dużą świadomością ciała, dbające o kondycję fizyczną, fanki intensywnych treningów. Szukają wsparcia w ułożeniu idealnej diety. Kluczowe jest tu słowo: IDEALNEJ.

W ich przypadku bowiem pojawia się inny problem – surowość wobec własnego ciała przerzucają na inny rodzaj surowości. Te dziewczyny zaczynają wymagać od siebie nieziemskich dokonań na innych polach. Robią siódmą specjalizację, kolejne studia podyplomowe albo wożą dzieci na szesnaste zajęcia dodatkowe. Z jednej obsesji wpadają w drugą, żeby udowodnić sobie i innym, że są najwspanialsze. W pewnym momencie nie wytrzymałam i patrząc na cierpienie wszystkich moich pacjentek, powiedziałam – dość.

– W którym momencie?

– Kiedy na świecie pojawiły się moje dzieci. Urodziłam dwie córki niemal jedną po drugiej. Przez 3 lata byłam albo w ciąży, albo karmiłam, albo opiekowałam się dziewczynkami. Miałam naprawdę dobre ciąże, dobre porody. Patrzyłam z absolutnym zachwytem na moje ciało, które dało radę urodzić je obie i wychować, że dokonało czegoś tak niezwykłego i tak pięknie wróciło do zdrowia. I kiedy po urlopie macierzyńskim wróciłam do pracy, poczułam dogłębnie ból i frustrację moich pacjentek. Poczułam, że to jest tak niewyobrażalnie niesprawiedliwie, że żyjemy w takiej nieprawdopodobnej opresji. A przecież te nasze kobiece ciała są takie wspaniałe.

Zrozumiałam, że skala pracy jednego dietetyka i psychoterapeuty jest niewystarczająca, że trzeba wyjść na ulicę i powiedzieć: STOP! Ja się nie zgadzam, żebyśmy my, kobiety – dźwigające ciężar przedłużania gatunku, ogarniające wszystko, mające silne ciała, które pięknie pozwalają nam dokonywać tak niezwykłych rzeczy – tak się rąbały jak kawał drewna, oskarżały, nienawidziły. Dlatego założyłam z koleżankami dietetyczkami i psycholożkami fundację „Kobiety bez diety”.

Potem dołączyłam do kampanii społeczno-edukacyjnej kierowanej do kobiet –„Naturalnie szczęśliwe” marki Kneipp. Podczas spotkań z dziewczynami mówiłam o zdrowym podejściu do odżywiania, karmieniu się z miłością oraz o traktowaniu ciała z troską.

Agnieszka Maciąg: uczmy się patrzeć na siebie oczami miłości

– A więc twoje pacjentki mówią o siekierach, nienawiści i ideałach, a ty im o miłości i szacunku do siebie. Jak to przyjmują?

– To jest praca na lata, strasznie trudna droga. Ale jestem zwolenniczką małych kroków. Zmiany, zarówno w sposobie odżywiania, jak i myśleniu o sobie, najlepiej jest wprowadzać powoli, systematycznie. Kobietom, które tak bardzo wstydziły się swojego ciała, że dotykały go z niechęcią i wykonywały tylko niezbędne czynności higieniczne, proponowałam kupienie pachnącego balsamu czy olejku do ciała. Prosiłam, żeby po prostu obserwowały, jak to jest nasmarować całe ciało kremem, jakie uczucia w nich to wywołuje.

Najpierw długo nie chciały kupić tego olejku. Wreszcie kupiły, ale smarowały tylko dłonie, potem tylko łydki albo tylko dekolt. Zanim posmarowały całe ciało, mijało kilka miesięcy. Ale wreszcie dochodziły do punktu, w którym dawały sobie czułość, ciepło dotyku, akceptację ciała. Podobnie jest z jedzeniem.

Zwróć uwagę, że wokół słyszymy wciąż, czego nie wolno nam jeść: nie wolno jeść masła, nie wolno glutenu, nie wolno pszenicy itd. Co się wówczas dzieje? Jeśli zaczynasz rozmawiać o jedzeniu przez pryzmat zakazów, to jedyne, co ci się w głowie rodzi, to kontrsugestywność – czyli jem wszystko to, czego mi zakazują. Ja przynajmniej tak mam…

– Zakazany owoc najlepiej smakuje. ;-)

– Dokładnie tak! Dlatego poszłam w zupełnie odwrotnym kierunku – zaczęłam mówić o tym, że jedzenie jest dobre! Że ono odżywia, jest smaczne, buduje układ nerwowy, wspiera układ pokarmowy, oddechowy, krwionośny i daje przyjemność. Pokazuję piękną, dobrą i jasną stronę jedzenia. Jeśli więc ktoś pyta mnie, co ma wykluczyć z diety, odwracam to pytanie – zapytaj mnie, co mam jeść, żeby się odżywić, wzmocnić, zadbać o siebie.

Prosty, zwykły gest – możemy sobie do kanapki dołożyć trochę kolendry, papryki i dwa liście szpinaku i to już jest sposób na to, żeby wobec siebie wyrazić miłość. Powiedz sobie: „Bardzo cię lubię, Agatko/Aniu/Kasiu :-)”, i daj sobie – tak jak zapewne dajesz mężowi i dzieciom – coś dobrego i zdrowego. Te dwa listki szpinaku to jest okazanie sobie szacunku. Powiedzenie sobie, że o sobie myślisz, wiesz, że to jest dobre. Nie dlatego, że musisz być chuda, tylko dlatego, że szpinak jest zielony, ma chlorofil i spowoduje, że będzie ci lepiej w życiu.

Karm się z miłością – w tym stwierdzeniu chodzi o to, że jedzenie może być sposobem na wyrażenie szacunku do samej siebie.

Agata Ziemnicka - dietetyczka i psycholożka, edukatorka żywieniowa.

Agata Ziemnicka

– Tak po prostu? Dwa liście szpinaku?

– Tak po prostu! Jeden kroczek. Jeśli przychodzisz do gabinetu dietetyka i słyszysz, że od jutra masz zmienić wszystkie nawyki żywieniowe, albo do gabinetu psychologa, który mówi, że masz pokochać siebie, to co robisz? Ja bym uciekła. Poczułabym się przytłoczona ogromem wyzwania i zniechęcona. Pomyślałabym, że nie dam rady tego robić, jestem słaba, beznadziejna itd. I tu wracamy do punktu wyjścia.

Dlatego ja mówię: jesteś zmęczona, gonisz w piętkę – przygotuj sobie jeden wystarczająco dobry, odżywczy posiłek dziennie. Jeżeli przez tydzień, dwa, trzy będziesz przygotowywała ten jeden posiłek – po pewnym czasie pomyślisz sobie: kurczę, już przez 3 tygodnie jadłam jeden superposiłek dziennie. Albo za każdym razem kiedy robiłam obiad, dodawałam jako surówkę zielone liście.

I to jest konkret – już nie musisz postanawiać, że będziesz dla siebie dobra, na siłę mówić „kocham siebie”, tylko to się realnie dzieje. Bo przez 21 dni codziennie nakarmiłaś się z miłością i troską. Więc musi być coś dobrego między tobą a tobą. Już jesteś kolejny krok dalej na tej drodze, na której końcu jesteś ty, która spotyka siebie.

– Niedawno Beata Sadowska opowiadała mi, jak ogromnym wyczynem, z którego jest ogromnie dumna, było wprowadzenie codziennego rytuału wypicia szklanki wody tuż po obudzeniu. Niby tylko szklanka wody…

To bardzo ważne słowo: rytuał. Dzięki rytuałom, powtarzalnym czynnościom mamy w życiu coś stałego, coś, co nas prowadzi. Szklanka wody po przebudzeniu – super! To jest taki moment, że cokolwiek by się działo, to ty wypijasz tę wodę. Znajdą się tacy, którzy wzruszą ramionami – to przecież tylko woda. Wiele osób ma poczucie, że jak się nie namęczysz, to w ogóle nie ma efektu. Jak nie ugotujesz zupy z 15 warzyw robionej na parze, a potem ręcznie przecieranej, to się nie karmisz. Tak nie jest! To jest naprawdę bardzo dużo, kiedy możesz powiedzieć, że przez 2 tygodnie robiłaś dla siebie coś niezwykle ważnego i piłaś szklankę wody. Karmisz się tą szklanką wody, bo ją dedykujesz sobie.

W ogóle skupienie się na jednym, konkretnym celu żywieniowym jest znakomitym pomysłem. Przez wiele lat pracowałam z kobietami z bulimią i anoreksją w grupach terapeutycznych w jednym ze szpitali. Chciałam namówić te dziewczyny do zjedzenia czegokolwiek, ale na samą wzmiankę o posiłkach, o zwiększeniu kalorii wpadały w panikę. Każda z moich podopiecznych miała jakiś problem, zniszczone zęby (bulimia), opuchniętą twarz, problemy z koncentracją.

Wpadłam więc na pomysł, żeby nie mówić ogólnie o odżywianiu ciała, tylko o wzmocnieniu jednego konkretnego narządu lub układu. Efekt okazał się znakomity – dziewczyny przychodziły i mówiły: „Mało jadłam, ale cały czas odżywiałam swój mózg, żebym mogła zdać sesję”, albo „Przygotowywałam posiłki tak, żeby wzmocnić wątrobę albo żeby zadbać o cerę”.

Samoakceptacja – jak ją osiągnąć?

– Udało ci się przekonać pacjentki, żeby dzięki realizacji jednego konkretnego celu żywieniowego okazały sobie troskę, zadbały o siebie… To chyba dobra rada dla każdej z nas!

– Oczywiście, bo karmienie się z miłością jest też o tym, żeby dedykować sobie nie całą koncepcję odżywiania (bo ona przestrasza), tylko pomóc konkretnym narządom. Chcę być osobą inteligentną i sprawną intelektualnie, więc potrzebuję kwasów omega-3 i glukozy, żeby mój mózg był dobrze odżywiony. Wiem już więc, że muszę w swoich posiłkach połączyć złożone węglowodany ze zdrowymi tłuszczami.

Jeżeli chcę, żeby moja skóra była piękna, a mam np. trądzik, to muszę stosować dietę antyoksydacyjną. Jeśli mam zaparcia – to muszę włączyć więcej błonnika. Chcę osiągać jakiś efekt dzięki jedzeniu. Jeśli mi się uda, mój nastrój się poprawia i zaczynam w siebie wierzyć, obdarzać się zaufaniem. To znakomity punkt wyjścia do wprowadzenia kolejnych zmian – jeśli uznam, że są dla mnie dobre.

– Co jeszcze mogłabyś poradzić kobietom, które chciałyby zacząć odżywiać się z miłością?

Odpuść sobie – to rada, która przyda się większości z nas. My, kobiety, jesteśmy mistrzyniami w obwinianiu się o wszystko: że nieposprzątane, że dzieci nieogarnięte, że za mało były na dworze, że zupa niewystarczająco zdrowa i bogata w antyoksydanty. Budzisz się rano i orientujesz się, że właściwie jeszcze przed śniadaniem z dziesięć krytycznych komunikatów wysłałaś do samej siebie. I gdzie tu w ogóle jest miejsce na dobre jedzenie? A więc – odpuść sobie.

Urealnij to, co możesz zrobić z danej sytuacji. Masz trójkę dzieci, pracujecie z mężem online w dwupokojowym mieszkaniu? Zapomnij o codziennym gotowaniu wymyślnych, mega ekologicznych dań. No nie dasz rady, zajedziesz się. Umów się więc ze sobą na coś, co jesteś w stanie przygotować.

Ustal, że np. jecie całą rodziną bardzo dobre śniadanie. Rano masz czas i przestrzeń na to, żeby przygotować pełnowartościowy, przemyślany posiłek, dasz radę ogarnąć dzieci, zatroszczyć się o rodzinę. A przez resztę dnia jedzcie, jak się da – niech to będą wystarczająco dobre posiłki, szybka sałata czy zupa z wczoraj. Nie muszą być idealne! Rzeczy, na które masz wpływ, ogarniaj, te, na które nie masz wpływu, zostaw. Powiedz sobie, że więcej nie możesz, i już.

Druga ważna rada: nie oczekuj natychmiastowych efektów. Daj sobie na to czas. Nic nie dzieje się z dnia na dzień. Zmiana nawyków, praca nad sobą po prostu trwa. Pamiętam jedną z moich pacjentek. Robiła ogromne postępy. Co prawda nie traciła jeszcze na wadze, ale jadła zdrowo, regularnie, była aktywna. Nigdy nie była z siebie zadowolona. „To był dramatyczny tydzień – zaczynała każde spotkanie – jestem beznadziejna”. Pytam: „A co ci się udało zrobić?”. Wymienia, wymienia i wymienia i nagle zaczyna płakać. Widzi, że naprawdę o siebie dba i troszczy się o siebie. Ale kolejnym razem znowu przychodzi z poczuciem, że jest do niczego, i rozmowa zaczyna się od nowa.

Dlatego często powtarzam – nie musisz osiągnąć efektów już! Naprawdę nie musisz w przyszłym tygodniu zmienić wszystkich nawyków żywieniowych. Zmień jeden, a przez cały najbliższy rok zmień dwa, i to już jest świetnie. Takie uświadomienie sobie, że mamy czas, daje ulgę.

I ostatnia rada – to oczywiste, że podczas twojej drogi będzie mnóstwo porażek, że wiele razy się nie uda. Zjesz za dużo, za mało, nie zjesz itd. Pamiętaj, że to naturalne, jesteś w drodze, podczas której masz prawo postanowić, że nie jesz mięsa, a potem jednak uznać, że je jesz, wypróbować taki czy inny sposób odżywiania, eksperymentować, próbować. To się ma nie udawać, a potem udawać i 15 razy trzeba upaść i 16 wstać. Tak to już bywa z miłością. :-) Najważniejsze to nigdy nie dać za wygraną.

Natalia de Barbaro: jak być dobrą dla siebie, czyli Czuła przewodniczka ruszyła w świat

Najnowsze artykuły