Strona główna ZdrowiePsychologia Mateusz Kusznierewicz: sport pomaga dostrzegać szczęście

Mateusz Kusznierewicz: sport pomaga dostrzegać szczęście

autor: Dominika Bagińska Data publikacji: Data aktualizacji:
Data publikacji: Data aktualizacji:

Znany na całym świecie pasjonat żagli, propagator zdrowego stylu życia i prężny biznesmen. Mateusz Kusznierewicz opowie, jak mądrze nawigować, by zawsze towarzyszył nam entuzjazm do działania.

Strona główna ZdrowiePsychologia Mateusz Kusznierewicz: sport pomaga dostrzegać szczęście
Mateusz Kusznierewicz o żeglarstwie, sporcie i szczęściu. Kusznierewicz na żaglówce.

Mateusz Kusznierewicz. Żeglarz, mistrz olimpijski, aktualny mistrz świata. Kapitan polskiej reprezentacji na Żeglarski Mundial 2022, trener i mentor. Z sukcesem wprowadza sport do biznesu – prowadzi firmy promujące nowe technologie. A przy tym wszystkim nie traci młodzieńczej pogody ducha. Prywatnie szczęśliwy mąż i tata dwójki dzieci (Nataszy i Maxa), które zaraża umiłowaniem zdrowego ruchu. Nam opowie o swoim sposobie na zachowanie dobrej formy i zdrowia i o tym, że porażka to jedno z bardziej budujących doświadczeń w życiu.

Dominika Bagińska: Często podkreśla Pan, że dbanie o zdrowie i dobrą formę ułatwiają regularne badania okresowe. Najlepiej poddać się im w miesiącu swoich urodzin, by o nich nie zapomnieć. Pana urodziny wypadają w kwietniu – czy ma Pan już za sobą bilans?

Mateusz Kusznierewicz: Tak, w tym roku kończę 46 lat i bardzo dobrze się z tym czuję. Oceniam swoją formę na 32–33 lata. Zawsze na urodziny funduję sobie kompleksowe badania. Moje dobre samopoczucie wynika zapewne z tego, że dbam o siebie: o sen, dobre odżywianie, dawkę ruchu na świeżym powietrzu – to po pierwsze.

Po drugie i najważniejsze jednak – jestem spokojny o swoje zdrowie, bo regularnie robię sobie przegląd. Podobnie jak badania techniczne samochodu, które przeprowadza się raz na pięć lat, kiedy auto jest nowe, a z biegiem czasu co rok – kiedy jest starsze. I pilnujemy ich, bo nie tylko tak stanowią przepisy, ale chcemy spokojnie i bezpiecznie podróżować. Nie bądźmy gorsi dla siebie. Wyniosłem taki nawyk i przekonanie ze sportu.

Kiedy byłem w polskiej kadrze olimpijskiej, musiałem badać się co pół roku, by zawsze kontrolować swoją formę. Screening swojego stanu zdrowia organizuję tak, że poświęcam mu jeden dzień. Umawiam się na testy i badania profilaktyczne w szpitalu Medicover w Warszawie, gdzie mam konsultację okulisty, stomatologa, badanie EKG, rentgen płuc, konsultację chirurga, morfologię i wiele innych specjalistycznych badań. Otrzymuję potem wyniki i ewentualne dalsze zalecenia.

Zofia Szawernowska – kobieta sukcesu

– Wiele osób unika badań profilaktycznych z obawy przed tym, że wykryją one coś niepokojącego. Jak Pan sobie z tym radzi?

– To kwestia przezwyciężenia swojego myślenia. Trzeba do tego podejść na spokojnie i racjonalnie – tak jak do wspomnianego samochodu. Wyobraźmy sobie: jeżdżę bez przeglądu i nagle psuje się uszczelka pod głowicą czy śruba w kole – bo niekontrolowane zużyły się. W konsekwencji rozbijam się na zakręcie autostrady. Tak samo jest z naszym ciałem.

Dziś medycyna jest na tak wysokim poziomie, że potrafi sobie poradzić prawie ze wszystkim. Jeśli dzieje się ze mną coś złego, wolę się tym zająć od razu, już, a nie wtedy, gdy będzie za późno. Szkoda życia. Jest zbyt piękne, by przegapić istotny moment.

– Jest Pan związany ze sportem od wielu lat i zawsze chętnie Pan podkreśla, ile radości on Panu daje. Czy zachęca Pan do sportu swoje dzieci? Widzi je Pan w przyszłości na podium?

– Lubię powtarzać słowa Audrey Hepburn, że w życiu najważniejsze jest być szczęśliwym. A jak osiągniemy ten stan – to sprawa bardzo indywidualna. Niektórzy uwielbiają leżenie na plaży, innym radość sprawia otaczanie się ludźmi, innym daje ją samopoczucie po wysiłku sportowym, kiedy w organizmie uruchamiają się endorfiny.

Uważam, że szczęście w życiu człowieka pojawia się wtedy, kiedy ma się jakąś pasję. Może być nią sport – co jest podwójnie dobre, bo sprzyja zdrowiu. Dotleniony, rozruszany organizm oznacza lepszą odporność, co jest bezcenne w dzisiejszych czasach. A poza tym zyskujemy lepszą sylwetkę i łatwiej nam wnieść zakupy, bo mamy więcej siły. Zresztą tej psychicznej też. Dlatego warto u dzieci zbudować nawyk poszukiwania przyjemności w uprawianiu sportu. Mamy przecież teraz olbrzymi wybór aktywności fizycznych. Fajnie jest dać dziecku możliwość spróbowania różnych dyscyplin. I tak postępuję ze swoimi dziećmi.

Nie namawiam ich jednak do żeglarstwa. Oczywiście mają taką możliwość, widzą, czym się zajmuję. Już spróbowały, ale teraz chodzą też na rugby, na gimnastykę do Leszka Blanika [polski gimnastyk sportowy, mistrz olimpijski – przyp. red.]. Max próbuje tenisa, oboje chodzą też na zajęcia sprawnościowe, wkrótce na karate. Podkreślam jednak, że taka pasja nie musi oznaczać bicia rekordów. Moje dzieci same wybierają, co je interesuje, testują różne dyscypliny. Świetnie, jeśli takie zainteresowanie zostanie im na przyszłość. Jednak wcale niekoniecznie musi to być wyczyn, a zwykła potrzeba ruchu.

Mateusz Kusznierewicz, żeglarz i sportowiec, siedzi na łódce w czarnym polarze, białych spodniach i okularach przeciwsłonecznych.

– Jak Pana ukształtował sport? Tyle się mówi o jego formującym wpływie. O tym, że sportowcy to ludzie umiejący odnaleźć zdrowy dystans do życia.

– Zdecydowanie! Moje doświadczenie sportowe daje mi możliwość nabrania dystansu do wielu małostkowych spraw. Takich, którymi nie warto się zamartwiać. Sport pomaga przenosić na życie cenne cechy, jak: kreatywność, systematyczność, wytrwałość.

Poza tym procentuje np. ciekawymi znajomościami, zaradnością. Uczy dawać sobie radę z porażkami, ale oczywiście przynosi też wspaniałe momenty zadowolenia i szczęścia w chwili sukcesu związanego z osiągniętym celem. I wcale nie musi być zdobyty w zawodach, by cieszył. Może to być przebiegnięcie założonego dystansu szybciej czy przejechanie Kaszub na rowerze, by docenić piękno naszej przyrody. Mógłbym tak wymieniać godzinami…

– Trenerzy podkreślają, że sportowcy to ludzie zahartowani emocjonalnie, nauczeni radzić sobie z porażkami, bo traktują je jak wyzwania. Dlatego – nawet po zakończonej karierze – często fantastycznie odnajdują się w biznesie. Czy Pan to potwierdza?

– Tak, zdecydowanie. Jeden z moich idoli z młodych lat, Michael Jordan, najlepszy koszykarz w historii świata, mawiał, że w swoim życiu odniósł (podobnie jak i ja) tysiące porażek – i to dzięki nim osiągnął największe sukcesy. Porażki nas wzmacniają, bo to są lekcje. Ja, wbrew pozorom, cieszę się, kiedy coś stanowi dla mnie wyzwanie, nie wychodzi mi.

A to dlatego, że jestem zmuszony szukać sposobu, by następnym razem być lepszym. I nie popełnić drugi raz błędu, który mi się zdarzył, np. na trasie regat. Podchodzę do porażek ze spokojem, z dystansem, zrozumieniem. Tak samo w biznesie i życiu. Nie znam osoby, która odnosiłaby wyłącznie sukcesy. Porażki są wpisane w nasze życie, a sztuką jest odpowiednie do nich podejście.

Myśl jak sportowiec, a zaczniesz wygrywać

– Sport oznacza też życie w nieustająco dobrej formie, czemu towarzyszy intensywny trening. Jednak przecież nie w nieskończoność. Czy jest Pan w stanie godzić się ze zmianami swojej formy fizycznej, akceptować upływ czasu?

– Mam głęboką świadomość tego, że to naturalny proces. Moim sposobem jest podejście do tego z humorem i dystansem. Zdaję sobie sprawę, że mój organizm nie regeneruje się już tak szybko. Bardzo często obracam to jednak w żart – zarówno przed sobą samym, jak i w rozmowach z innymi. Dlatego nie mam żadnego problemu ze swoją dojrzałością. I taką metodę polecam wszystkim.

– Rozmawiamy podczas Pana kilkudniowego pobytu w Hiszpanii, gdzie pracuje Pan jako mentor. Na czym polega taka praca? Czym różni się od bycia trenerem?

– Pracuję tu jako mentor dla kolegi, który poprosił mnie o pomoc w zdobyciu złotego medalu na igrzyskach w Tokio. Trener to osoba, która współpracuje z zawodnikiem nieustannie. Można powiedzieć, że prowadzi cały program treningowy. Mentor natomiast daje wskazówki, sugeruje, co warto zrobić, co zmienić. Dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem, ale nie musi poświęcać – i bardzo często tak się dzieje – tyle czasu zawodnikowi, co trener. I ja właśnie tak działam.

Przyjechałem na 5 dni do Hiszpanii, by pomóc mojemu podopiecznemu, który trenuje tu codziennie. Spędzam z nim kilka dni w miesiącu i będę z nim w Tokio na Igrzyskach w zupełnie nowej roli.

– Na co Pan zwraca uwagę? Na technikę, myślenie swojego podopiecznego? Na czym polega mentoring w sporcie?

– Wszystko zaczyna się od śniadania, podczas którego rozmawiamy. Ale wcale nie o technice żeglarstwa. Mówimy np. o ekologii, trendach w sporcie, o tym, jak radzi sobie konkurencja. Mentor potrafi też – kiedy widzi, że zawodnik ulega silnej presji psychicznej – rozluźnić go nieco, sprawić, że odpuści trochę ciśnienie na sukces. Można to osiągnąć, odwracając nieco uwagę zawodnika od bieżących zobowiązań. A czasem trzeba zwyczajnie zadbać o nawodnienie jego organizmu.

Mentor przekazuje też całą swoją wiedzę na temat tworzenia ścieżki sukcesu. Obecnie mam np. listę 7 punktów, nowych obserwacji i wskazówek dla zawodników ze swoich ostatnich regat. Przetestujemy je teraz podczas hiszpańskiego zgrupowania.

Mateusz Kusznierewicz na zawodach żeglarskich płynie na żaglówce.

– Mentoring to chyba nowy zawód, szczególnie w polskim sporcie?

– Tak, mentoring dotyczy głównie sportu, ale i biznesu. Z moich obserwacji widzę, że za granicą jest to niezwykle popularny zawód. W Polsce na razie mniej, ale jestem przekonany, że wkrótce się to pozytywnie zmieni. Przybywa osób, które doceniają taką formę wsparcia, są bardzo świadome potrzeby swojego rozwoju. Dlatego uważam, że będzie rosnące zapotrzebowanie na mentoring.

– A jaki jest Pana sposób na odnalezienie spokoju w tych naszych szalonych czasach?

– Kiedyś cenniejsze od przeżyć były dla mnie sprawy materialne. Dziś – przeciwnie. Zacząłem hołdować minimalizmowi, czerpiąc nieco z buddyzmu. Mam teraz np. mniej oczekiwań, więc czuję się szczęśliwy i zadowolony z tego, co robię i co osiągnąłem w życiu. Pomaga mi w tym też medytacja.

Minimalizm wprowadzam do najprostszych sfer mojego życia, np. mniej kupuję, posiadam mniej rzeczy. Mógłbym się spakować w godzinę! Nie przywiązuję się też do miejsc, mam świadomość, jak ulotne jest to, co posiadamy. Pomaga mi też umiejętność dostrzegania szczęścia w życiu, dlatego każdy dzień podsumowuję, przywołując trzy jego najlepsze momenty. Czym zwykle są? To moje przeżycia, a nie nowe auto, telefon czy kurtka. No chyba, że żeglarska…

Najnowsze artykuły