Strona główna Najnowsze artykuły Marianna Gierszewska o sobie: „Jestem kobietą, mamą, żoną, stomiczką”
Marianna Gierszewska - portret z kwiatkiem.
Strona główna Najnowsze artykuły Marianna Gierszewska o sobie: „Jestem kobietą, mamą, żoną, stomiczką”

Marianna Gierszewska o sobie: „Jestem kobietą, mamą, żoną, stomiczką”

autor: Beata Sadowska Data publikacji: Data aktualizacji:
Data publikacji: Data aktualizacji:

Aktorka, autorka, właścicielka dwóch firm, aktywistka ciała i samo-miłości. Uczy kobiety szacunku do swoich ciał. Prowadzi warsztaty i rozmowy na żywo ze swoim mężem, Miłoszem. MIŁOŚĆ to jej drugie imię. Poznajcie Mariannę Gierszewską.

Beata Sadowska: Kiedy pierwszy raz pomyślałaś o sobie „mama”?

Marianna Gierszewska: Chyba od razu, kiedy zobaczyłam dwie kreski na ciążowym teście. Podekscytowanie, ogrom szczęścia i chęć podzielenia się nowiną z Miłoszem. Masz jakąś wizję, jak zareagujesz w takiej chwili, ale rzeczywistość gra własną melodię.

U mnie była ona lekka i piękna, choć od razu pojawiło się milion pytań: Czy mogę iść na paznokcie? Czy mogę pić kawę? Kobiece zalanie emocjami. Z tym poszłam do Miłosza. Przytulaliśmy się, ściskaliśmy, cieszyliśmy, bo o dzidziusia staraliśmy się pół roku. Jako para mamy zaufanie do życia i do tego, co się nam przytrafia i w jakim momencie, więc chcieliśmy dać dziecku wybrzmieć na jego własnych zasadach. Spokojnie czekaliśmy.

– Uwielbiam wasze wspólne spotkania online, gdzie wasza miłość sączy się przez ekran. Spokojna i nie na pokaz. Dobry związek – to jaki?

– Przede wszystkim taki, w którym partnerzy nie tylko na siebie patrzą, ale się widzą. Tam zaczyna się więź. Tam zaczyna się bliskość. Tam się zaczyna coś więcej: wspólne wzrastanie i wspólne razem. Komunikacja, granice, intymność – o tym wszystkim można mówić potem, bo to wszystko nie ma prawa bytu, dopóki nie widzimy się jako partnerzy.

Bo jeśli nie widzimy się jako partnerzy, podchodzimy do siebie z pozycji innych ról – jako matka, ojciec, dziecko – albo zaczynamy patrzeć na siebie z pozycji deficytów: ja od ciebie potrzebuję miłości, uwagi, pieniędzy, statusu. Dopóki się nie widzimy jako partnerzy i nie ma w nas wzajemnej radości na siebie, dopóty nie staniemy w ogóle do związku. Dopiero kiedy to się wydarzy, pojawia się bliskość. Taka zarezerwowana tylko dla partnerów. Święta.

Jesteś wystarczająco dobra

– Od początku patrzyliście na siebie i siebie widzieliście, czy musieliście się tego nauczyć?

– Widzieliśmy siebie od początku i myślę, że tym się złapaliśmy. Naszym wspólnym mianownikiem nie było: „Daj mi, ja ciebie potrzebuję” albo: „Ja oczekuję, że coś dostanę”, ale wzajemne zaproszenie do swoich światów. „Ja cię zapraszam do swojego świata, chętnie ci go pokażę, zobacz, jakie mam zakamarki i jaką historię ze sobą niosę”. W ten sam sposób Miłosz zaprosił mnie do swojego świata: „Zobacz, co ja tu mam, z jakiego miejsca idę i jaką historię opowiadam”.

Pozwoliliśmy sobie wzajemnie w tych światłach być i się do nich pozapraszaliśmy. To wszystko, co nas budowało dalej i w czym dalej wzrastaliśmy i wzrastamy jako para, to już są doświadczenia, które przychodzą na bieżąco. Często opowiadam o cykliczności par. Każda para ma momenty przybliżania się i oddalania. To naturalne, bo nie jesteśmy w stanie robić wszystkiego razem.

Najważniejsze, żeby pozwolić na ten naturalny ruch: raz jesteśmy bardziej razem, innym – bardziej w swoich oddzielnych projektach, i tam również ładujemy baterie. Między 4. a 5. rokiem życia w związku coś nas pcha, żeby coś dużego się zadziało. To może być zwierzę, dziecko, auto, nowy dom czy wspólny kredyt. I dobrze, bo jeśli cały czas będziemy w jednym miejscu, nie będziemy rosnąć jako „wspólne”, jako „razem”.

To powinno się wydarzyć naturalnie, nie musimy tego kontrolować. Te codzienne doświadczenia: wspólne firmy, dzieci, mieszkania, to nas na pewno wzmacnia, ale też wystawia na niezłe próby.

– Związek to dwa zbiory, które mają wspólną część, ale mają też części osobne. Inaczej zgubilibyśmy siebie i nie byłoby już mowy o wspólnym wzrastaniu, bo ciągle podążalibyśmy za czyimiś krokami. Wspólne doświadczenia, również te trudne, potrafią pięknie budować, o ile jest mocny fundament.

– My też mieliśmy różne doświadczenia. Wybuch pandemii, my ze zobowiązaniami i ludźmi, których zatrudniamy. Jak sobie z tym poradzić? Jak rozdzielać finanse? Jeżeli para nie zauważa się w związku, jeśli się nie komunikuje i nie ma gotowości nie tylko na to, co łatwe, ale też na to, co trudne, to każda trudniejsza sytuacja po prostu zacznie tę parę rozrywać. Wtedy wystarczy kilka takich momentów i związku nie ma, bo tak naprawdę nigdy go nie było. Związek to gotowość na wspólne spojrzenie na straty, potknięcia i na to, co nam poszło nie tak.

Agnieszka Maciąg: uczmy się patrzeć na siebie oczami miłości

– Pięknie opowiadasz o akceptacji ciała, nazywając ją ciało-miłością. Jakie trzeba mieć zaufanie do siebie i swojego ciała, żeby otwarcie mówić „jestem stomiczką”, pokazywać to w czuły i łagodny sposób? Bez wstydu, z miłością. Jak dojść do miejsca, w którym czujesz się bezpiecznie w sobie i ze sobą?

– Żeby powiedzieć: „Kocham siebie, lubię siebie, lubię swoją stomię, kocham swoją stomię”, bardzo często musimy najpierw powiedzieć: „Boję się, nie jestem pewna, wstydzę się, nienawidzę, denerwuje mnie to”. Najpierw musimy powiedzieć o cieniu, o swoim bólu. Dopiero wtedy zaczynamy go asymilować, oswajać, a on zaczyna się rozpuszczać. Jest w nas strach, że jak zaczniemy płakać albo siebie nienawidzić, to się nigdy nie skończy. Ale tak nie jest!

Ten pojemnik nienawiści do siebie skądś do nas przyszedł. Trzeba go otworzyć i zobaczyć, skąd, na jakich zasadach i z jakimi osobami może być związany: z mamą, babcią? A może z jakimś traumatycznym doświadczeniem, chorobą, wstydem, nadużyciem? Otwórz ten pojemnik, pochyl się nad nim i wysyp wszystko, co tam jest. Niech będzie brudno, niech śmierdzi. Ma być nieprzyjemnie.

Kiedy patrzymy na ból, nadużycia, wstyd, przekroczenia i widzimy je takie, jakie są, wtedy to może zacząć „puszczać”. To są łzy, oswajanie wstydu, ciężkich tematów, ale to nam jest potrzebne, żeby pójść do tego, co piękne, łatwe i przyjemne.

– Ciało-neutralność to mit czy jedna z dróg do nas samych?

– Ostatnio przeczytałam, że ciało-neutralność to porozumienie, że już nie będziesz się nienawidził, bo zaczniesz doceniać, że twoje ciało chodzi, twój żołądek trawi, a wątroba pracuje. Ja tego nie kupuję. Umowa o NIE-nienawiści nie jest zgodą, umowa o NIE-agresji nie jest miłością. Nie jest nawet lubieniem siebie czy szacunkiem do siebie. Ja mam nawet problem z terminem „samoakceptacja”, bo dla mnie to jak umowa o złożonej broni.

Nie biję w siebie kulami, ale to przecież nie znaczy, że się pielęgnuję w dobrych warunkach. Żeby te warunki były naprawdę przyjazne, każdą ranę trzeba zalać spirytusem, opatrzyć, zabandażować i dać jej się wygoić, a nie udawać, że jej nie ma.

Agata Młynarska: z moją chorobą nie dyskutuję

Marianna Gierszewska w białym lnianym kostiumie, wianku na głowie i tatuażach henny.

– Miałaś 15 lat, kiedy zaczęłaś chorować na wrzodziejące zapalenie jelita grubego, jako 18-latka miałaś operację ratującą życie. I kiedy w szpitalu odwiedzili cię rodzice, powiedziałaś im: „Tak długo, jak przychodzicie do mnie z lękiem, tak długo nie mogę was wpuścić. Kiedy przyjdziecie z miłością, jestem na was otwarta”. Cały świat cię zawiódł: szkoła, gdzie doświadczyłaś potwornego mobbingu, łącznie z wkładaniem twojej głowy do toalety, nauczyciele, zdrowie… O radosnym życiu nastolatki nie miałaś nawet siły pomarzyć. W tym wszystkim właśnie zdecydowanie postawiłaś granice, żeby się chronić.

– To zawsze ten sam wybór: czy stajesz za sobą, czy nie. Granice są jak mięsień, można je rozćwiczyć. Im bardziej jesteśmy zaprzyjaźnione ze sobą, tym łatwiej nam stawiać granice, które nie są agresywne. Ciągle duża część społeczeństwa traktuje je jak coś wymierzonego w nich: jesteś niemiła, nie da się ciebie lubić. Tymczasem granica oznacza tylko i aż tyle: nie mam na coś ochoty. Jeśli jej nie postawię, będę biła w sobie i albo powitam choroby autoimmunologiczne, albo zacznę coś udawać.

Musiałam wtedy tak powiedzieć rodzicom, inaczej zgwałciłabym siebie. Bardzo często głos w głowie mówi nam: „Nie, nie chcę”, a my odpowiadamy: „Tak, oczywiście, zrobię to”. Jeśli to się będzie powtarzać, nauczymy się tego rozerwania na życie. A potem będzie wściekłość na ludzi, bo wchodzą nam na głowę, ale robią to, bo wiedzą, że im nie odmówisz.

Kiedy zaczynamy żyć w rozdarciu, zdradzamy siebie. Wtedy trzeba wrócić do początku i zadać sobie pytanie: „Dlaczego siebie zdradzam, dlaczego przychodzi mi to z taką łatwością, dlaczego sprzedaję siebie zamiast za sobą stanąć?”.

– Jest jeszcze jeden model: chciałabym być czy żyć, tak jak ty, tak jak ona, czyli oglądanie się na innych.

– Sama często to słyszę. Ale ten medal ma dwie strony. Żeby mieć to, co fajne: miłość, firmę, szczęście, musiałam przejść przez totalne piekło zdrowotne i z tego wyjść. Wyjść z bólu do światła i świata. Nie ma tylko dobrego, nie ma tylko miłości, pieniędzy, orgazmów, jeżeli nie ma tej drugiej strony.

Natalia de Barbaro: jak być dobrą dla siebie, czyli Czuła przewodniczka ruszyła w świat

– Jak zacząć budować swoją siłę z niedoborów i tego, co nas uwiera, co boli, co przygniata?

– Bardzo często kryzysy do nas pukają, a my kolejny raz odwracamy od nich wzrok. Ja sama przez lata ignorowałam swoje potrzeby, swój ból, granice. Wszystko, co było nieprzyjemne: odrzucenie przez rówieśników, rozstanie rodziców. Wszystko skrzętnie zamiatałam pod dywan, a to pukało raz za razem.

W końcu to wróciło do mnie z taką siłą, że nie mogłam się już od tego odwrócić, no chyba że w stronę śmierci. Zostałam zmuszona, żeby na to spojrzeć, za co jestem wdzięczna sobie samej i ludziom, którzy byli wokół mnie.

– Często winą za całe zło obarczamy wszystkich wokół…

– Tymczasem każda nasza relacja, przyjaźnie, granica postawiona lub nie, przyjemność rozpoznana lub nie – to wszystko niesie nam informacje o nas samych. Zamiast wytykać palcem: „Ty mi to zrobiłaś, ty jesteś toksyczny, ty, ty, ty…”, zajmijmy się sobą. Wróćmy do siebie.

– Dorosłość jest od załatwiania spraw, a nie szukania wymówek?

– Nie ma związków idealnych, nie ma ludzi idealnych, nie ma rodziców idealnych. To nasza rola, żeby zwolnić rodziców z obowiązku bycia idealnymi, bo nikt nigdzie nie podpisywał kontraktu na bycie idealnym rodzicem. Dopóki nie zobaczymy, że nasi rodzice stali przy nas ze wszystkim, co mieli – tego było tylko tyle i aż tyle – dopóty nie wyjdziemy do zasobów i jakości.

Nie staniemy do swojej pełni, do swojego ciała, kobiecości, bliskości, intymności, dopóki nie spojrzymy na rodziców we wdzięczności za to, jacy do nas przyszli. Palcami wytyka dziecko, nie dorosły.

Aneta Hregorowicz-Gorlo: piersi to twoje najlepsze przyjaciółki

– Odpuszczenie i wybaczenie to wielka sztuka.

– Nie chodzi o wypieranie traumatycznych doświadczeń, ale o spojrzenie na nie w prawdzie. Przejście przez życie w złości i niekończącym się gniewie, bez ruszania trudnych tematów, nigdzie nas nie zaprowadzi. Wkładanie głowy do toalety w gimnazjum to nie są doświadczenia, za które można być wdzięczną, ale kiedy zaczęłam nad tym pracować, zrozumiałam, dlaczego to przyszło do mnie i jaką historię to o mnie opowiada, zaczęłam być wdzięczna za to, że prawie umarłam, że byłam mobbingowana w szkole, że mam stomię.

To jest praca do wykonania, tu nie ma drogi na skróty. Też mogłabym mówić: „Mam być wdzięczna za to, że popuściłam w szpitalu i nie miałam chłopaka do 19 roku życia?!”. Możemy utonąć w pretensjach. W pretensjach zostaje dziecko, nie dorosły.

– Kiedy poczułaś, że jesteś swoją przyjaciółką?

– W szpitalu, kilka miesięcy przed operacją. Mój stan się pogarszał, mówiono o leku ostatniej szansy, który nie zadziałał. Któregoś razu nie zdążyłam do toalety. Stałam cała brudna, z brudnymi spodniami, nikogo przy mnie nie było. W toalecie nie było też ani papieru, ani ręczników. Właśnie wtedy podjęłam świadomą decyzję, że muszę się złapać za rękę i poprosić kogoś o pomoc. Nie obśmiewać tej sytuacji, nie udawać, że jest lepiej, nie mówić, że nic się nie stało,

– Bo się stało.

– Poprosiłam obcego mężczyznę, który był na korytarzu z dzieckiem, żeby mi pomógł, wezwał pomoc, przyniósł ręcznik. Tamten mężczyzna okazał się dla mnie bardzo ważny: nie ocenił mnie jako śmierdzącej, brudnej, chudej, chorej. Zobaczył we mnie człowieka, przyniósł ręcznik. Od tamtego momentu nosiłam już pieluchę.

Zbliżałam się do operacji albo do śmierci, bo nic nie pomagało. Nie mogłam jeść, pić, cały czas chudłam, do toalety biegałam po kilkadziesiąt razy na dobę. Zrozumiałam, że albo przy sobie stanę, albo przygoda pt. „Życie” się dla mnie skończy. W momencie kiedy przestałam się ze sobą bić i udawać, że jest lepiej, niż jest, przyszedł spokój i akceptacja.

Do mojego serca wlała się wdzięczność: za tę pieluchę też. Pomyślałam, że jeśli to mają być moje ostatnie dni, niech tak będzie, widocznie tak miała wyglądać moja historia, która się dopełniła. Okazało się jednak, że kiedy człowiek trzyma się za rękę w tym, co trudne, wtedy można iść do życia i wyzdrowieć. Pewnie nie każdy nazwałby stomię wyzdrowieniem, ja – tak.

Joanna Chmura: co nam robi wstyd

– Moja koleżanka zachorowała na raka i podeszła do tego, jak do zadania do wykonania, co pokazało, jak wielką siłę ma głowa.

– Dużo pracuję z kobietami, tworzę bieliznę dla stomiczek. Z chorobami niektórzy od razu wchodzą w tryb walki: „Zwalczę, zwyciężę”. Też tak miałam. Bardzo często jątrzące się rany powstają na poziomie emocji. Ciało to już ostatni etap, dzwonek. To, jak się obchodzimy z ciałem już w trakcie choroby, ma ogromne znaczenie.

Biegunka z krwią, nie zdążasz do toalety, chudniesz, wymiotujesz, boli cię brzuch. Bardziej wstydliwie i surowo nie może już być. Wiele chorujących kobiet się od siebie odwraca: „To jest obleśne, ja jestem obleśna, nie wychodzę do ludzi”. A gdyby tak zostać przy sobie i wystać tę obrzydliwość? Popatrzeć – może nawet z wdzięcznością, zobaczyć, z czym ta choroba do mnie przyszła, na co nie patrzyłam, co mi to wszystko próbuje powiedzieć?

Przed porodem położna opowiadała mi, jak wiele kobiet zamyka się na seks i dotyk na czas ciąży. Wstydzą się swojego ciała, boją oceny partnerów. Wstydzą się swojego ciała nawet podczas porodu, niektóre pytają, czy mogą rodzić w… majtkach! Tak bardzo jesteśmy oddalone od naszych ciał, zastanawiamy się, co jest z nami nie tak. Wstydzą się zdrowe, piękne kobiety. To nie cellulit, operacja, blizny są problemem! Problem jest w sercu. Czy się kochamy? Czy się lubimy? Czy wstydzimy się przed sobą? Bo jeśli wstydzimy się przed sobą, będziemy się wstydzić przez innymi.

– Jaką chciałabyś być mamą?

– Mamą, która widzi swoje dziecko ze szczęściem w sercu, i mamą nieidealną.

– I tego ci życzę.

Najnowsze artykuły