Strona główna Najnowsze artykuły Monika Sobień-Górska o humorze i miłości w czasach zarazy
Strona główna Najnowsze artykuły Monika Sobień-Górska o humorze i miłości w czasach zarazy

Monika Sobień-Górska o humorze i miłości w czasach zarazy

autor: Anna Augustyn-Protas

Utknęliście podczas zarazy w domu z małym dzieckiem (lub dziećmi)? Wasz świat stanął na głowie i nie wiecie jak się w nim odnaleźć? Dziennikarka Monika Sobień-Górska i znany satyryk Robert Górski są dokładnie w tej samej sytuacji. O tym jak sobie radzą, zobaczycie w kręconym przez nich serialu komediowym „Państwo z kartonu”.

W rzeczywistości jest jeszcze drobniejsza niż na wizji, jeszcze bardziej wdzięczna i dziewczęca. Uśmiech nie schodzi jej z ust. Nie narzeka na przymusową izolację, przeciwnie, martwi się, że się wkrótce skończy. Może dlatego, że znana jest z poczucia humoru, a do tego jest żoną wybitnego satyryka. A także dziennikarką, redaktorką, autorką książek i scenariuszy filmowych. Od teraz można ją też oglądać w serialu, pierwszym w całości nakręconym komórką. Jej komórką. Nam mówi o tym skąd pomysł, i co najbardziej pomaga jej przetrwać czas zarazy.

– Odliczasz dni odosobnienia? (Odo-sobienia:)

– Skąd!

– Tak myślałam. Izolacja z satyrykiem to chyba wygrana na loterii?

– Pewnie, że tak. Ale czekaj, czekaj. To wcale nie jest oczywiste. Trafiła mi się wygrana, bo większość satyryków, a trochę ich znam, są prywatnie poważni, często wręcz smutni. Zresztą tak się mówi o tej grupie zawodowej. Regularnie ktoś mnie pyta – ze znajomych, ale nawet na ulicy, gdy idę z wózkiem – „Jaki ten mój mąż jest, czy naprawdę zabawny jak na scenie, czy tak sypie żartami, czy ciągle cię rozbawia?”. Pewnie myślą, że zaprzeczę, bo przecież większość ludzi na ulicach jest posępnych. A ja wtedy mówię: „On jest w domu taki jak na scenie”.

Naprawdę. Taka konstrukcja człowieka, nic się z tym nie zrobi. Jeśli nie powie przy śniadaniu trzech żartów, z czego jeden to suchar, to śniadanie można uznać za stracone (śmiech). Ja mam raczej problem w drugą stronę: czasami chciałabym, żeby przestał żartować. Wtedy wypowiadam nasze umówione hasło: „Robert, to jest właśnie ten moment”. On wtedy wie, że koniec skeczu i wraca za kulisy:).

Ale tak naprawdę to błogosławieństwo dzielić życie z tak pogodnym człowiekiem. Tak wyrozumiałym, łagodnym, z tak przyjaznym podejściem do świata. O nic się nie złości, nie robi wyrzutów. Nie wkurza się, że obiad podany za późno. W sumie nie miałby o co, bo teraz sam go podaje (śmiech).

10 sposobów na dobry nastrój

Monika Sobień-Górska i Robert Górski z córeczką czytają książkę.

Fot: Archiwum prywatne

– No proszę. A na scenie wydaje się ponury.

– Rozumiem, że chodzi Ci o „Ucho Prezesa”. Ale tej postaci nie można inaczej zagrać, żeby była wiarygodna. A na estradzie jest chyba jednym z największych wesołków. Gra bardzo energicznie, lekko. Zanim się poznaliśmy widziałam kilka jego skeczów, bo czasem mój tata z bratem je włączali. Uważniej obejrzałam go dopiero w „Uchu Prezesa” i wtedy poprosiłam o wywiad do mojego portalu WeMen.pl. Tak się poznaliśmy.

Ja nawet myślałam, że jest trochę opryskliwy, bo słyszałam tu i tam, że nie lubi udzielać wywiadów, że nie znosi robienia zdjęć. No nie wiem… Przy mnie wyglądało jakby wywiady i zdjęcia były jego pasją (śmiech).

Robert jest bezproblemowy, radosny, we wszystkim znajdzie coś pozytywnego. Więcej: jest uważny, jak mało który facet. Ma jakiś detektor w mózgu, w sekundę zauważy, gdy jestem smutna. Niesamowite.

– Już połowa kobiet z zazdrości przestała czytać ten wywiad. Swoją drogą zamknięcie w domu na miesiąc, dwa, i jeszcze z poczuciem zagrożenia, niepewności, które rozchodzi się jak gaz, to chyba spory sprawdzian dla związku, jak myślisz?

– Zgadzam się. Zwłaszcza dla takiego związku jak nasz, bo Robert, artysta kabaretowy, dotąd był niemal cały czas w rozjazdach. W tygodniu na cztery dni wracał do domu, po czym znikał. A teraz wszystko się zmieniło: jesteśmy razem cały czas, 24 godziny na dobę.

– Po błysku w oczach widać, że jednak to Cię jakoś bardzo nie męczy.

– Ale wyobrażam sobie, że dla kogoś innego to może być trudne (śmiech).

Work-life balance – jak odnaleźć równowagę?

– Wy tę nowość bycia razem, cały czas, przekuliście w projekt. Właśnie ruszył Wasz serial „Państwo z kartonu”. Niech zgadnę, musiało być Wam bardzo nudno…

– (śmiech) Robert pewnego rana, na samym początku izolacji mówi do mnie: „Słuchaj, przed zaśnięciem wymyśliłem – powinniśmy zrobić serial”. A on już pracuje nad jednym serialem, takim full profesjonalnym, z pełną ekipą. W sierpniu – jak wszystko się uda – wchodzi na plan.

Ale jak to on, chciałby coś dać ludziom też teraz, w tym trudnym czasie. Za darmo, żeby się uśmiechnęli, żeby mogli uciec myślami. Stąd pomysł serialu o małżeństwie w izolacji. Z nami w rolach głównych. Ja najpierw się broniłam, że nie, przecież nie jestem aktorka, na co on, że przecież też nie jest…

Napisał scenariusz, w zeszycie, bo tak pisze, a potem nakręciliśmy to telefonem. Moim, bo Roberta się nie dało. Chałupniczo, bez make-upu, bez świateł, z przekonaniem, że najważniejszy jednak jest tekst. Powstało 12 odcinków, ich robienie okazało się bardzo czasochłonne. A przecież mamy roczne dziecko, pranie, gotowanie – w życiu tyle się nie nagotowałam, co teraz! – i inne, liczne prace, w końcu musimy zarabiać na rachunki.

Robert Górski i Monika Sobień-Górska z córeczką - zdjęcie z sesji.

Fot. Fotografieeweliny.pl

– W „Państwie z kartonu” nieźle sobie dokuczacie.

– Zaczyna się grzecznie, potem dajemy czadu. Ale to wszystko karykatura, żart. Acz wiele rzeczy trafiło do serialu prosto z życia, na przykład rozmowy telefoniczne – moje do matki, czy Roberta do ojca – przepisaliśmy niemal 1:1. A także rozmowy naszych przyjaciół z ich rodzicami. Co zrobić, obserwujemy i podsłuchujemy innych.

Całość ma budowę skeczu, trochę to taka „Kasia i Tomek” czasów kwarantanny. Mocno przejaskrawiamy oczywiście, ale u nas też bywa gorąco.

– Kłócicie się?

– Jesteśmy zgodni, mamy wspólne wartości, cele, cieszą i wkurzają nas podobne rzeczy. Mamy taki sam gust dotyczący ludzi, filmów, muzyki. Co jednak nie znaczy, że nie ma spięć. Pamiętam, jak jedną scenę kręciliśmy 20 razy, byliśmy już tak wkurzeni na siebie, że rzuciłam telefonem, tym, którym serial nagrywaliśmy (śmiech).

Wiesz, w pewnym momencie w grę wchodzą ambicje, i gdy nie możesz powiedzieć prostego tekstu, to zaczynasz czuć się coraz bardziej beznadziejnie. Ale na szczęście żadne z nas nie lubi się kłócić, któreś w końcu rzuca żart, najczęściej jest to jakiś cytat ze skeczu czy filmu…

– Na przykład?

– …którego oboje nie cenimy i z którego trochę – mówiąc krótko – drzemy łacha. Nie, nie, instynkt samozachowawczy nie pozwala mi podać konkretnego przykładu. W każdym razie to rozładowuje sytuację.

– Czym Cię mąż rozśmiesza najbardziej?

– Sformułowaniami, które sam wymyśla. Jest niezwykle giętki językowo. I bardzo mu się podoba, że ja nie przebieram w słowach i może sobie przy mnie pozwolić na grubszy żart. Często w łóżku. No widzisz, i znów nie mogę powiedzieć konkretnie, choć mam przynajmniej trzy przykłady pod ręką.

Social distancing – jak odkryć korzyści z izolacji?

– Malina ma już poczucie humoru? Po takich rodzicach jako dorosła może nie mieć, w ramach demonstracji odrębności.

– To jest niesamowite, bo ona ma niecałe półtora roku, a jest nieprzeciętnie radosna i już widać u niej skłonność do żartów. Zwłaszcza wtedy, kiedy bawi się z nią Robert. Malina przygląda się jak on buduje wieżę z klocków i jak tylko widzi, że ojciec skończył, natychmiast ją z hukiem rozwala. Wtedy on rzuca się na nią, że ją aresztuje i wtrąci do lochu, a ona ucieka i tak rechocze, że trzęsie się cały dom.

– Jak to ktoś ładnie powiedział, śmiech naoliwia machinę związku. To podstawa?

– O, tak. Ale to jest jeszcze kilka ważnych rzeczy. Choćby otwartość. Trzeba mówić o swoich potrzebach. Wczoraj chciałam spokojnie obejrzeć film, a Robert cały czas mówił. Wzdycham, żeby przestał. On: „To naprawdę nie można nic powiedzieć?”. Ja: „Przecież cały czas mówisz” (śmiech). Jeszcze co jest ważne: docenianie tego, co się ma. Zdrowia, bliskich, miłości, tego, że dziecko jest zdrowe.

Sposoby na chandrę – skąd czerpać energię do życia

Monika Sobień-Górska z mężem satyrykiem Robertem Górskim i córeczką.

Fot. Fotografieeweliny.pl

– Niby to takie wielkie rzeczy, a łatwo przesłaniają ją drobiazgi, zwłaszcza w trudnych momentach. Jak sobie radzisz ze stresem? Nie mów, że nie odczuwasz.

– Ćwiczę się w tym, że rzeczami nieważnymi nie ma co sobie zawracać głowy. Znajomi mnie pytają, czy nie bolą mnie hejterskie komentarze, które pojawiły się po tym jak wystartowaliśmy z „Państwem z kartonu”. Że jestem brzydka, że kiepsko gram, że mam parcie na szkło…

– Mówisz to tak lekko, jakby Cię to w ogóle nie dotykało.

– Ne mam problemów z poczuciem własnej wartości, więc takie teksty bardziej mnie śmieszą niż martwią. Z dwa, trzy razy z ciekawości kliknęłam na profil osoby, która na przykład napisała, że jestem głupia, brzydka i niezdolna. Zobaczyłam tyle urody, mądrości i pasji, że wręcz zrobiło mi się szkoda takiej pani-hejterki.

Bo oczywiście większość tego jadu produkują kobiety. Nie mam 20 lat, żeby być naiwną i nie wiedzieć, z czym się wiąże wpuszczenie swojej pracy do internetu. Pracowałam w prasie kolorowej przez ponad 10 lat, wiem jak działają fora internetowe.

– A Robert?

– Robert w ogóle nie czyta komentarzy. Powiedział mi, że gdyby zwracał na nie uwagę, to nic by więcej nie zrobił. Gdyby zobaczył hejt polityczny, jaki lał się na „Ucho Prezesa”, to żadnego odcinka więcej by nie napisał. A stworzył coś genialnego, co do dziś oglądają miliony. Teraz też mi powiedział: „Nic mi nie czytaj, ja robię ten serial najlepiej jak potrafię. Jak ktoś chce się pośmiać, to proszę. Na resztę nie mamy wpływu”. Rzeczami nieważnymi nie ma co zawracać sobie głowy, trzeba robić swoje.

Siła spokoju w czasach zarazy

– Mądre co mówi.

– Tak, to duże szczęście być z fajnym człowiekiem. Doceniam to zdejmowanie z ramion ciężaru, bo mam również doświadczenie bycia z ludźmi, którzy ciężarem lubią się dzielić, nawet przesadnie.

– Jak radzicie sobie z codziennością podczas pandemii? Mieszkacie na odludziu, sami z dzieckiem i pracą od rana do nocy.

– Pracujemy wahadłowo: jedno pisze, drugie zajmuje się Maliną, a jak ona śpi to kręcimy nasz serial. Oraz ja gotuję. W życiu tyle się nie nagotowałam, co teraz! Malina już nie chce jeść nic ze słoiczków, więc robię pełny obiad, czasem z dwóch dań. Co-dzien-nie! Nie ma, że następnego dnia zamówimy pizzę, nie ma skąd.

To jest dla mnie skok na głęboką wodę: najpierw nic, teraz przy garach cały czas. Tuż przed pandemią Robert planował uczcić pierwszą rocznicę ostatniego obiadu, jaki zrobiłam, i z tej okazji miał mnie zabrać do restauracji. Nie wyszło. Ale ku mojemu zaskoczeniu, gotowanie bardzo mi się spodobało, i całkiem wychodzi, Robert jest zadowolony.

Czy optymizmu można się nauczyć?

Monika Sobień-Górska i satyryk Robert Górski na wakacjach.

Fot. Archiwum prywatne

– Co gotujesz? Niech zgadnę: dania serca, czyli te, które jadłaś w dzieciństwie?

– To niesamowite, ale nawet jeśli nie rejestrujemy świadomie, to gdzieś z tyłu głowy wszystko nam się odkłada. Tak, odtwarzam to, co gotowała moja mama, głównie potrawy kuchni polskiej.

– Podczas izolacji jesteście ze sobą non-stop. Nie myślisz sobie, że taka intensywność szybciej zużywa związek?

– Nie wiem, ale mi to nie grozi. Dla mnie to „non-stop” to wciąż mało (śmiech). Mam wrażenie, że ja dotąd jechałam na oparach Roberta. Aż mi głupio tak mówić, bo on tu stoi z wózkiem i słucha, Robert, idź stąd! (śmiech).

Ciągle go nie było, a teraz wreszcie mam go cały czas. Ta kwarantanna to taki mój powerbank, chciałabym się tą jego obecnością naładować. Jak epidemia minie zaczną się imprezy masowe – chyba tak się stanie, czy nie? – to znów będzie wyjeżdżał. I jeśli czegoś się obawiam, to że trudno mi będzie się do jego braku na nowo przyzwyczaić.

Niepokój – jak sobie z nim radzić w czasach pandemii?

– To miał być wywiad o tym, że humor może nas uratować, ale wychodzi na to, że wciąż najlepiej udaje się to miłości.

– Wyszłam za mąż jak miałam 34 lata, Robert 48. Byliśmy dorośli. W takim wieku jak już z kimś się wiążesz, to dlatego, że go bardzo lubisz, że chcesz być z tym kimś cały czas. Martwię się, że mamy wręcz za mało czasu, że nie zdążymy się sobą nacieszyć!

Czasem myślę, że całe życie byłam sama, dopóki go nie spotkałam. Do tego cały czas spędzamy z naszym dzieckiem, które nagle ojca ma cały czas przy sobie. Największe błogosławieństwo. Każdemu życzę.

– Monika, przez lata prowadziłaś rubrykę psychologiczną w prasie kobiecej. Co byś dziś napisała, jak przetrwać czas izolacji?

– Zabawne, bo ludzie podzielili się na dwa zespoły: do jednego należą single czy bezdzietne pary, które przez lockdown nie pracują, siedzą w domu. Obejrzeli wszystkie seriale na Netfliksie i już nie wiedzą, co ze sobą zrobić, z nudów przybiliby gwoździe czołem.

I druga grupa: która nie ma w co rąk włożyć: bo z dziećmi robi e-lekcje, gotuje, pracuje, i to bardziej wyczerpująco, bo online. Ale i jednym, i drugim, kobietom i mężczyznom, powiedziałabym to samo: na ile to możliwe, wykrójcie godzinę, pół, tylko dla siebie. Na czytanie, robienie paznokci, ciszę, na co przyjdzie ochota. Tylko dla siebie. Żeby nie zwariować.

– Ty pewnie jeszcze mogłabyś dodać, żeby jeśli już siedzieć w zamknięciu, to z kimś, kogo się lubi.

– Najlepiej! Swoją drogą ta pandemia zweryfikuje związki, w których jesteśmy. Ludzie nagle spędzają ze sobą nie 2, a 12 godzin, a wtedy trudno nie zauważyć, gdy nie ma się o czym rozmawiać, gdy druga osoba kompletnie nie wie, co się dzieje w naszym życiu. Pewnie będzie więcej rozwodów… Ale potem nowych rozdań. Miał być pogodny wywiad? To w sumie dobra wiadomość? (śmiech).

Powiązane artykuły