Strona główna Polecane Podróże z dziećmi nie takie straszne, jakby się mogło wydawać
Beata Sadowska: podróże z dziećmi nie takie straszne, jakby się mogło wydawać. Dziennikarka i podróżniczka opowiada o tym, w co się bawi z dziećmi w podróży. Szczęśliwa rodzina na wakacjach siedzi na dachu samochodu z wyciągniętymi do góry rękami i podziwia widok na morze.
Strona główna Polecane Podróże z dziećmi nie takie straszne, jakby się mogło wydawać

Podróże z dziećmi nie takie straszne, jakby się mogło wydawać

autor: Beata Sadowska Data publikacji: Data aktualizacji:
Data publikacji: Data aktualizacji:

Kiedy na świat miał przyjść nasz pierwszy syn, ciągle słyszałam: „Zobaczysz, teraz skończy się wasze latanie po świecie. Przynajmniej na dwa lata o tym zapomnij!”. Jak ja się buntowałam! Jakim prawem ktoś a priori decyduje, jak będzie wyglądało życie moje i mojej rodziny? To tylko i wyłącznie nasza decyzja.

OK, nie miałam pojęcia o dzieciach i podróżowaniu z nimi, ale – szczerze? – nie ja pierwsza i nie ostatnia. I właśnie dlatego nie miałam oczekiwań, ale nie miałam też uprzedzeń. Co to znaczy, że się nie da? Dziecko nie gryzie (przynajmniej nie współpasażerów i przynajmniej nie od razu po urodzeniu). Zagrożone są co najwyżej piersi mam karmiących, ale to bez względu na to, czy dziecko jest w podróży, czy nie.

Tytus i Tajlandia

Kiedy Tyś pojawił się na świecie, zadzwoniłam do naszego pediatry, pytając, kiedy możemy polecieć do Azji. „Po pierwszych szczepieniach” – usłyszałam w odpowiedzi. Nasz doktor dał nam jeszcze dwie rady: „Nie wystawiaj synka na słońce i sprawdź, czy w odległości godziny drogi od hotelu jest lekarz”. Z dwumiesięcznym smykiem polecieliśmy do Tajlandii i były to wspaniałe wakacje.

Ktoś mądry wytłumaczył mi, dlaczego noworodki drą się wniebogłosy w samolotach, a dokładniej: przy starcie i lądowaniu. Otóż nie potrafią wyrównywać ciśnienia w uszach (my przełykamy ślinę, ssiemy cukierka, żujemy gumę), więc wystarczy dać im pierś albo butlę ze smokiem. Podziałało jak marzenie. Tytus przespał prawie cały kilkunastogodzinny lot, a potem znakomicie zniósł egzotyczną wyprawę.

Spanie na wielbłądzie

Ktoś powie: małe dzieci, mały problem. I coś w tym jest! Teraz podróżujemy z dwójką chłopców z turbodoładowaniem, ale ponieważ do globtroterstwa są przyzwyczajeni od małego, zasypiają wszędzie i w każdej pozycji: na wielbłądzie, łódce, walizce czy dworcu autobusowym.

W podróż zawsze zabieramy jakiś kreatywny zestaw. W aucie mamy specjalne bezpieczne podkładki, które przypina się do pasów albo wokół pasa dziecka. Na tych podkładkach dzieci mogą rysować, lepić z modeliny, bawić się samochodzikami. Jest tam miejsce i na kredki, i na blok do rysowania (w co się bawić z dzieckiem w podróży). W pudełkach mamy przygotowane różnorakie przekąski – od pokrojonego jabłka, przez naleśniki, po jogurty, żeby na stacjach benzynowych czy parkingach chłopcy nie jedli śmieciowego jedzenia.

Jak bezpiecznie podróżować z dziećmi?

Z dzieckiem w podróży nudy brak

Nasze dzieci nie oglądają filmów ani nie dostają komórki podczas podróży samochodem (najdłuższa trwała 21 godzin!), więc zaopatrujemy się w audiobooki i płyty z muzyką (polecam najnowszy, genialny krążek Aidy Kosojan-Przybysz pt. „Zgadnij, co to jest za zwierzę”). Bawimy się w zgadywanki, kalambury, sprawdzamy spostrzegawczość i wymyślamy słowa na ostatnią literę poprzedniego. Robimy częste postoje, ale mamy na to zgodę. W końcu jedziemy na wakacje!

Daleko jeszcze?!

Kiedy nuda już daje się we znaki, przesiadam się do chłopców, czytam im książki, gramy w „Memory” albo „Dobble”. Potem wjeżdża stara jak świat zabawa w łapki albo naśladowanie odgłosów zwierząt. Pękamy ze śmiechu.

Czy nasze dzieci się nie nudzą i nie marudzą? Co to, to nie! Koncertowo robią jedno i drugie, ale na tysięczne pytanie: „Daleko jeszcze?!”, odpowiadamy za klasykiem: „Daleko, ośle” – i jedziemy dalej. Nie boimy się podróży z dziećmi, bo nasz stres przerzucałby się na nie, więc po co im to fundować? To naprawdę da się przeżyć i naprawdę nie musi to być traumatyczne doświadczenie.

A jeśli jeszcze macie wątpliwości, zajrzyjcie do naszej (mojej i mojego męża) książki I jak tu nie podróżować (z dzieckiem). Obiecuję, że oswoicie lęki i zdrowo się uśmiejecie, np. czytając o tym, jak Paweł zafundował dwumiesięcznemu Tytusowi manicure i pedicure w lokalnym, ulicznym salonie w tajskiej wiosce albo jak wykąpał naszego półtorarocznego syna w Wiśle. Ahoj, przygodo!

Najnowsze artykuły