Strona główna Dziecko Maria Chyła: dziecko wystarczająco zdolne

Maria Chyła: dziecko wystarczająco zdolne

autor: Dominika Bagińska

Jak wychować szczęśliwego i mądrego człowieka? Odpuścić presję wyniku – w szkole, sporcie, życiu. Idealne dzieci – to często smutni ludzie. O sposobach mądrego podejścia do wymagań opowiada Maria Chyła, psycholożka dziecięca, terapeutka integracji sensorycznej, wspierająca rozwój dzieci w szkolnych poradniach psychologiczno-pedagogicznych, założycielka Gabinetu Psychologiczno-Pedagogicznego PSYCHE, mama Zosi i Maćka.

Strona główna Dziecko Maria Chyła: dziecko wystarczająco zdolne
Dziecko wystarczająco zdolne - wywiad z psychologiem Marią Chyłą. Mama z córką wygłupiają się w trakcie podrabiania lekcji w domu.

Maria Chyła, psycholożka dziecięca, terapeutka integracji sensorycznej, wspierająca rozwój dzieci w szkolnych poradniach psychologiczno-pedagogicznych, założycielka Gabinetu Psychologiczno-Pedagogicznego PSYCHE, mama Zosi i Maćka.

Wyścig szczurów, „ocenoza”, wybór szkoły rankingowej, rekordy sportowe – to piekło współczesnych dzieci. Życie nie daje im wytchnienia, bo nieustannie muszą rywalizować. Ale czy z własnej woli? Może to my, rodzicie, z troski o sukces życiowy – tak mocno dokręcamy śrubę wymagań? Pytanie – dlaczego, co nas do tego popycha? Pewnie, że niełatwo czasem machnąć ręką na oceny, ale warto zapamiętać jedno: dzieci, którym dajemy więcej wolności, wyrastają na bardziej zaradnych ludzi. Jak im to ułatwić? Odpowie psycholożka Maria Chyła.

– Czy i dlaczego jesteśmy nastawieni na wynik osiągnięć naszych dzieci?

– W gabinecie spotykam się ze światem widzianym oczami dziecka – i obserwuję, że ta presja stale rośnie. Dzieci jej poddane są smutne i rozgoryczone, że nie dają rady sprostać wymaganiom. „Cokolwiek zrobię, to i tak będzie za mało, nie dość dobrze, niedostatecznie”.

Sami rodzice, niemal od pierwszych chwil życia dziecka, czują presję bycia zaangażowanym, troskliwym rodzicem. To wyraża się w tym, że zapisują dziecko na mnóstwo zajęć dodatkowych. Uważają, że trzeba maksymalnie wykorzystać czas, kiedy mózg dziecka najintensywniej się rozwija.

Już 2–3-latki są zapisywane na zajęcia muzyczno-plastyczne, kursy języków obcych. A przecież maluchy w tym wieku często jeszcze nawet nie mówią! Kiedy idą do szkoły, dostają zajęcia pozalekcyjne, żeby się nie nudziły w świetlicy. Tańce, malarstwo, robotyka itd… A po szkole jeszcze klub sportowy, by dziecko zostało kiedyś najlepszym piłkarzem…

– I co dalej?

– Jeśli to wszystko trafia w zainteresowania i pasje dziecka – to wspaniale. Jednak sprawdźmy, czy w natłoku wielu aktywności nasze dziecko nie jest zmęczone i przebodźcowane. Czy ma naprawdę też czas wolny – kiedy jest samo ze sobą, może się trochę ponudzić, wybrać to, czym chciałoby się zająć.

Często słyszę od (zwłaszcza) najmłodszych uczniów, że wcale nie chcą chodzić na te wszystkie dodatkowe zajęcia. Instynktownie czują, że to je nadmiernie obciąża. Wtedy dziecku już nic się nie chce, nic je nie cieszy. Pojawia się też niskie poczucie wpływu: „Co ja chciałbym robić i co rzeczywiście mogę robić”. Jest ryzyko małej decyzyjności u dziecka: „Nie wiem, co lubię, co chciałbym wybrać, w czym chciałbym się odnaleźć”. A to już naprawdę poważne kłopoty.

Przytul swoje wewnętrzne dziecko – wywiady z psycholożkami Joanną Caffo i Joanną Kot

– Co więc radzić rodzicom?

– Polecam obserwację dziecka: jakie ma samopoczucie, czy jest w stanie się skupić, co je cieszy. Wolny, niezorganizowany czas to okazja do podejmowania decyzji, na czym świadomie chciałoby się skoncentrować. Przy braku takiej szansy znika kontakt z prawdziwym ja dziecka. To prowadzi do problemów z koncentracją uwagi, a więc i nauką.

Tłumaczę wówczas, że warto byłoby z jakiejś aktywności zrezygnować – dla dobra dziecka. Posiadanie osobistej przestrzeni, spontaniczna zabawa – uczą dopasowania tego, co nas interesuje, do własnych potrzeb. A to droga do poznawania siebie. Poza tym w wolnym czasie dzieci mogą nawiązywać nowe relacje, kształtować je w taki sposób, jak one chcą, a nie my, rodzice.

Mogą wówczas swobodniej rozwiązywać różne problemy i konfrontować się z trudnymi sytuacjami. Jeśli popełnią błąd, doświadczą porażki, mogą samodzielnie uczyć się, jak temu zaradzić. Bez naszej nieustającej kontroli. Uczą się, jak postępować z frustracją, złością, strachem.

– A co z presją na dobre oceny?

– Mimo jednostkowych deklaracji odstąpienia od oceniania w niektórych szkołach czy apeli internetowych, byśmy przestali publikować zdjęcia świadectw z czerwonym paskiem naszych pociech – pogoń za piątką stale przyspiesza. W poradni, gdzie pracuję, często spotykam rodziców, dla których to nie do pomyślenia, że czwórka jest dobrą oceną. Tymczasem dla dziecka mającego duże trudności z nauką wypracowana z trudem trójka – w którą ono włożyło maksimum swojego zaangażowania – jest naprawdę dobrą oceną.

Jednak nadal dla wielu rodziców liczą się tylko najlepsze osiągnięcia. Nieważne, czy dziecko ma jakieś pozaszkolne zainteresowania, pasje, jak kształtuje swoje relacje, czy ma życie towarzyskie. Wiele rodzin doświadcza spirali trudnych emocji w związku z egzaminem ósmoklasisty. Surowe wymogi i punkty, które trzeba mozolnie zebrać w jak największej liczbie – bez uruchomienia motywacji wynikającej z własnej chęci – wywołują stres u dziecka, przemęczenie i ryzyko wypalenia.

Wiele dzieci staje przed dylematem: czy zachować swoje dotychczasowe pasje i zainteresowania, czy zrezygnować z nich, ulec presji i gonić za ocenami. Szkoły średnie chcące utrzymać się wysoko w rankingu narzucają wymagania, którym młodzi ludzie starają się sprostać. A przecież im bardziej podwyższamy wymagania i oceniamy dzieci, tym silniej czują się skazane na ciągłe bycie lepszym i doskonalszym. Myślę, że rosnąca fala depresji wśród nastolatków jest z tym powiązana.

– Są jednak dzieci, które nigdy nie będą lepsze. Kiedy można odpuścić temat ocen i zastanowić się, skąd bierze się nasz z nimi problem?

– Może warto przede wszystkim wejrzeć głębiej w siebie i odpowiedzieć na pytanie: dlaczego mi tak zależy na najlepszym wyniku dziecka? Czy to jest ważne dla dziecka, czy dla mnie? Co mi ta wiedza powie o mnie jako rodzicu? Czy muszę komuś coś udowodnić, czy może sobie? Przykręcam śrubę, jestem kontrolującym, nadzorującym, rozliczającym rodzicem. Czy to jest w moim pojęciu wyraz troski i zaangażowania?

Karanie, pozbawianie przywilejów, tego, co wcześniej obiecamy jako nagrodę i czego nie dajemy, bo nadal jest dwója – to nadużycie. Emocjonalne przeciąganie liny. Zwłaszcza starszym dzieciom powinno się dawać więcej okazji do wpływu na to, jak się uczą. Wybór tego, w czym chcą być dobre, co mogą odpuścić. Przecież nie można być dobrym we wszystkim! A jednak na koniec szkoły podstawowej tego się właśnie wymaga. Nie można oczekiwać, by dziecko było i humanistą, i ścisłym umysłem, i artystycznie uzdolnione. Poza genialnymi jednostkami – nikt taki nie jest!

– Istnieje opinia, że trójkowicze najlepiej sobie radzą w życiu, bo nauczyli się kombinować. I potem w dorosłości są bardziej sprawczy, szczęśliwi. A prymusi musieli zawsze wkuwać, by zdobyć dobrą ocenę, więc jako dorośli mozolnie spełniają wymagania szefa. Jak na to patrzy psychologia?

– A może trójkowi uczniowie mieli po prostu więcej swobody i możliwości decydowania o tym, co wybiorą, w co się zaangażują? Może nie byli tacy, jakimi chcieli widzieć ich opiekunowie? Tak bywa z rodzicami jedynaków, którym bardzo zależy, żeby dzieci miały wspaniałe oceny, były najlepsze we wszystkim. Za tym jednak często nie idzie sukces życiowy, lecz późniejszy brak umiejętności podjęcia decyzji: czego chcę, jakie przedmioty mogę trochę odpuścić, by np. skupić się na działaniach artystycznych, moich zainteresowaniach? Moich, a nie rodzica. Ostatecznie tak wygląda nauka budowania pomysłu na siebie.

Badania udowodniły, że rodzice, którzy zwracają uwagę wyłącznie na intelektualne, poznawcze aspekty rozwoju swojego dziecka, często zaniedbują aspekt emocji i relacji społecznych. A przecież to one się w życiu liczą najbardziej! Szkoda, że szkoła nie uczy, jak np. sobie radzić ze złością, smutkiem, lękiem. To rzadki temat na godzinach wychowawczych.

Ewelina Stępnicka: dziecko jest cudem do odkrycia, a nie problemem do naprawienia

– To jaki dać prezent naszym pociechom na Dzień Dziecka?

– Dajmy dzieciom czas na rówieśników, zabawę, nudę. Niech będzie on mniej zorganizowany i zaplanowany, żeby potrafiły odpoczywać. Stwarzajmy im okazje, by same wybierały, co lubią, czym chcą się zająć. Bez kontroli, z prawem do błędu, z uczeniem się przez własne doświadczenie, czasem trudne.

Często proszę rodziców, by dokończyli takie zdanie: „Chciałbym, żeby moje dziecko…”. Zwykle pada odpowiedź: „…żeby było kimś”, „…umiało to lub tamto”. Mało kto pisze: „…żeby było szczęśliwe”. A dzieci mają być sobą. Nie lepszą wersją nas samych. Nie muszą nieustannie realizować naszych oczekiwań. Tych, którym sami nie sprostaliśmy. Odpuśćmy także sobie. Przecież tam w środku też jesteśmy (nieidealnymi) dziećmi!

Oceny to nie wszystko

 

Znany naukowiec, wybitny amerykański astrofizyk, popularyzator nauki, autor wielu książek i publikacji, Neil deGrasse Tyson, zasłynął słowami wypowiedzianymi podczas wykładu skierowanego do studentów Uniwersytetu w Massachusetts: „Wasze oceny, bez względu na ich wysokość, bardzo szybko stają się w życiu nieistotne. Ponieważ w życiu nikt nie zapyta was o oceny. Jeżeli świadczą one o czymkolwiek, to o tym, kim jesteście w danym momencie swojego życia, ale nie definiują reszty waszej historii”.

Najnowsze artykuły