Strona główna ZdrowiePsychologia Ewelina Stępnicka: dziecko jest cudem do odkrycia, a nie problemem do naprawienia

Ewelina Stępnicka: dziecko jest cudem do odkrycia, a nie problemem do naprawienia

autor: Dorota Mirska-Królikowska

Każde dziecko przychodzi na świat piękne i czyste. Jest samą miłością – uśmiechnięte, otwarte. A potem… styka się ze światem. Traci pewność siebie, coraz częściej czuje się zagubione, bezradne. Jak mu przypomnieć, że jest „cudem do odkrycia, a nie problemem do naprawienia”, mówi nam Ewelina Stępnicka, autorka metody „Odkrywanie”.

Strona główna ZdrowiePsychologia Ewelina Stępnicka: dziecko jest cudem do odkrycia, a nie problemem do naprawienia
Ewelina Stępnicka - Autorka metody „Odkrywanie”

Dziecko jest najpiękniejszym diamentem. Czystym, mądrym, wrażliwym i pięknym. Ale im jest starsze, im więcej trudnych doświadczeń życiowych za nim, tym bardziej zapomina, jaka jest jego prawdziwa natura i wartość. Słyszy w domu, potem w piaskownicy, przedszkolu, szkole krzywdzące słowa, krzyki, oskarżenia, czasami dotyka je przemoc. Te złe doświadczenia sprawiają, że osłania się kolejnymi ochronnymi warstwami. Staje się „krnąbrne”, „złośliwe”, „niegrzeczne” albo nieśmiałe i wystraszone.

Nie jesteśmy w stanie ochronić naszych dzieci przed każdym raniącym słowem czy przykrymi wydarzeniami, jakie je spotykają. Możemy jednak pomóc im pokochać siebie, zaakceptować siebie takich, jakimi są, i nauczyć je zatroszczyć się o siebie. Dzięki tej mocy będą umiały dać sobie wsparcie i znajdą w sobie siłę nawet w najtrudniejszych momentach życia.

Pomoże nam w tym metoda „Odkrywanie”*, którą od lat praktykuje i której uczy Ewelina Stępnicka. Jest to metoda rozwoju osobistego przeznaczona głównie dla dorosłych, ale – jak się przekonacie – wspaniale odbierają ją dzieci. Będzie idealnie, jeśli poznamy ją i zaczniemy praktykować razem z nimi. Ewelina prowadzi kursy, szkolenia, podczas których przypomina uczestnikom, że każdy z nas jest „cudem do odkrycia, a nie problemem do naprawienia”. Przeczytajcie, w jaki sposób „Odkrywanie” może pomóc naszym dzieciom i nam samym na nowo uwierzyć w siebie.

Dorota Mirska-Królikowska: Podczas swoich kursów często mówisz o dzieciach. O tym, że im są starsze, tym bardziej życie je „zakurza”, odbiera im blask. Myślisz, że małe dzieci pamiętają czystość, z jaką się urodziły?

Ewelina Stępnicka: Bardzo głęboko w to wierzę! Przyjrzyjmy się małemu dziecku, psiakowi czy kociakowi, istocie „niezakurzonej” jeszcze życiem. Od razu na pierwszy rzut oka widać jej radość, otwartość, miłość, jaką najchętniej ofiarowałaby wszystkim. Nie przychodzi jej nawet na myśl, że coś jest z nią nie tak, że nie jest wystarczająco dobra.

Podczas warsztatów, które prowadzę, lubię przekazywać uczestnikom wiedzę w postaci opowieści, „bajek” – łatwiej trafiają do wyobraźni, poruszają emocje. Kiedy dziecko się rodzi, jest czyste jak szklanka wypełniona krystaliczną wodą. Zdaniem naukowców przez ok. 7–8 pierwszych lat życia poczucie siebie (identyfikacja ze sobą) dziecka tworzy się w największym stopniu. W tym czasie do „szklanki” wpada wszystko – miłość i piękne rzeczy, których doświadcza i których się uczy, ale także złe, raniące słowa, zdarzenia, przemoc. I dziecko, jak gąbka, chłonie wszystko.

Z uśmiechem przyjmuje słowa pełne miłości. Natomiast słysząc przekleństwa lub inne nacechowane agresją słowa (nawet malutkie dziecko, które jeszcze nie rozumie ich znaczenia) – tylko kuli się i płacze. Jeszcze nie potrafi inaczej się chronić. Do czasu…

W wieku 8 lat mózg i osobowość dziecka stają się w dużej mierze ukształtowane, zwłaszcza w aspektach fundamentalnych. Jest ono na tyle silne, że wyraźnie oznajmia lub pokazuje otoczeniu: „Tego nie chcę, w to nie wierzę, to mi się nie podoba”. W ten sposób tworzy na swojej „szklance” pokrywkę. Tarczę, która ma je bronić przez dalszym zranieniem. I rzeczywiście pokrywka chroni ją przed tym, żeby nikt nie mógł do niej dowolnie „napluć”…

– …mocno powiedziane…

– …ale prawdziwie! Nie ma co owijać w bawełnę. To, co spotyka dzieci, bywa naprawdę straszne. Ale wracając do pokrywki – ma ona też swoje minusy. W zakrytej „szklance” pozostaje bowiem wszystko to, co już się do niej nakurzyło i… napluło. Dziecko ma to wszystko w sobie i w oparciu o te (nie swoje) przekonania formułuje poczucie, kim jest. Nawet jego zdanie, to, co mu się podoba, a co nie, co jest jego prawdą, a co nie, jest zniekształcone poprzez wszystko, co wpadło do „szklanki”. Im dziecko starsze, tym „pokrywka” jest grubsza i tym trudniej ją unieść, by oczyścić wodę.

Mam dwie przecudowne siostrzenice. Widzę, jak się zmieniają. Jakie były jako malutkie dzieci i jakie są teraz jako nastolatki. Widzę, jak życie się do nich „przykleja”, przykrywa tę ich spontaniczność i czystość, jak szybko zapominają, że są cudem. Gorąco wierzę, że każdy z nas gdzieś tam na dnie serca pamięta o tym, że tak naprawdę jest wspaniałą istotą. Ale im jesteśmy starsi, tym bardziej zapominamy. I z niepokojem obserwuję, że już w coraz młodszym wieku dzieci tracą wiarę w swój blask.

Przytul swoje wewnętrzne dziecko – wywiady z psycholożkami Joanną Caffo i Joanną Kot

– Ale co takiego się przydarza? Co konkretnie „przykrywa” czystość i piękno dzieci?

– Życie się przydarza. Doświadczenia, przekonania i opinie innych się przyklejają. Opowiem może na przykładzie. Kilka lat temu skontaktowała się ze mną cudowna nauczycielka Justyna Lewicka-Szczęsna. Pracowała w jednej ze szkół na warszawskiej Pradze. Uczyła 7–9-letnie dzieci, które pochodziły z bardzo różnych rodzin i środowisk, także tych trudnych.

Usłyszała kiedyś o mnie i zachwyciło ją przesłanie „Jesteś cudem do odkrycia, a nie problemem do naprawienia”. Wraz z dyrektorką szkoły zdecydowała się stworzyć program dla uczniów, podczas którego nauczyciele postanowili pracować z uczniami zgodnie z tym hasłem, czyli nie jak z „problemami do naprawienia”, ale jak z „cudami do odkrycia”.

– Wspaniały pomysł!

– Prawda? Ogromnie się wzruszyłam. Byłam zresztą w tej szkole. Niesamowite przeżycie, rozmawiać z dziećmi, które nigdy mnie nie widziały, ale znają i mnie, i mojego psa, i moją filozofię. Justyna poprosiła mnie, żebym opowiedziała dzieciom bajkę. A ponieważ ta „o szklance i pluciu” ;-) nie nadawała się dla najmłodszych, postanowiła sama napisać i zainscenizować przedstawienie. Przyniosła do szkoły „diament” – w postaci zatyczki do buteleczki od perfum, poprosiła dzieci, żeby usiadły w kręgu, wszystkim dała po kilka chusteczek, a sama stanęła pośrodku i podniosła diament.

– Zobaczcie – powiedziała – kiedy się rodzimy, jesteśmy takim pięknym diamentem. Jakie jest dziecko, kiedy się rodzi? Opiszcie je, proszę.

– Jest cudem, jest idealne, cudowne, piękne, kochane – opowiadały dzieci.

– I kiedy ten diament idzie przez życie, słyszy od innych różne niemiłe rzeczy – kontynuowała Justyna. – Jak myślicie: co może usłyszeć od dorosłych i od innych dzieci? Jeśli wam coś przyjdzie do głowy, to powiedzcie to na głos i przykryjcie go chusteczką. – I położyła diament na podłodze.

Dzieci zaczęły wstawać i mówić: „Jesteś do niczego”, „Zamknij się”, „Nie chcę z tobą rozmawiać”, „Idź do swojego pokoju”, „Przestań przeszkadzać”, „Jesteś do dupy…”.

Stos chusteczek na diamencie rósł i rósł. To był właśnie ten kurz życia, to, co się przylepiało do diamentu. Te małe dzieci powtarzały to, co usłyszały na podwórku, w domu, w szkole… Justyna ledwie powstrzymywała łzy. W pewnym momencie wstała i powiedziała:

– Dzieci, widzicie teraz na środku klasy stertę chusteczek. Ale czy pamiętacie, że pod spodem jest diament?

– My – tak! Ale ON już tego nie pamięta, proszę pani – włączył się do rozmowy chłopiec. – On tego nie wie. Myśli, że jest tymi chusteczkami.

– To co możemy zrobić, żeby sobie o tym przypomniał? – spytała Justyna.

– Musimy go odkryć – odpowiedziały dzieci.

– Ale jak to zrobić? – dopytywała dalej nauczycielka.

– Miłością – odpowiedział ten sam chłopiec, który zwrócił nam uwagę, że diament nie pamięta już, kim jest.

Dzieci zaczęły znowu kolejno podchodzić do diamentu i mówić: „Kocham cię”, „Jesteś cudem”, Jesteś idealny”, „Chcę cię wysłuchać”, „Jesteś piękny” – za każdym razem, po słowach pełnych miłości, zabierały po jednej chusteczce. W pewnym momencie diament znów zalśnił pełnym blaskiem…

– Dosłownie ciarki mi chodzą po plecach, kiedy o tym opowiadasz…

– Ludzie, słuchając tej bajki, płaczą. Każdy z nas bardzo dobrze pamięta, co spotkało go w dzieciństwie, jakie traumy przeżył. Zaczyna do nas docierać, co do nas się przykleiło, kto do naszej „szklanki” napluł. Mnóstwo osób do mnie pisze, jak bardzo w dzieciństwie gasiły je słowa mamy czy taty. „Nie śmiej się tak głośno, dziewczynce nie wypada”, „Nie jedz tyle, bo nigdy nie schudniesz”…

Często podczas kursu „Odkrywanie” dzielimy się ze sobą takimi historiami. Idziemy na terapię i dowiadujemy się – mama tyle napluła do mojej szklanki, tata tyle… Są domy, w których „dowalało” się dzieciom z premedytacją. U mnie na przykład tak było. Mama była ciepłą, kochaną osobą. Ale mój ojczym… kiedy coś zrobiłam nie tak, to nie dostawałam nagany, tylko byłam rzucana o ścianę, kopana albo duszona. Nie tylko się tego nie wstydził, ale wręcz był z tej przemocy dumny.

– Straszne…

– I to jest w mojej szklance. Jaki mam wzorzec? Kiedy popełnię jakieś przewinienie, mogę siebie tylko zacząć dusić, skopać się, zwyzywać od najgorszych i powiedzieć sobie to, co słyszałam przez całe życie: „I tak zgnijesz pod mostem”. Wiele osób doświadczyło przemocy w rodzinie, ale oczywiście nie zawsze tak jest.

W innych domach rodzice, przelewając w dzieci jakieś blokujące przekonania, wcale nie mieli złej intencji. Kiedy po latach chcemy z nimi o tym porozmawiać, są zaskoczeni. „Wiesz, mamo, w dzieciństwie powiedziałaś mi, że jestem – każdy pewnie z czym innym się zmaga – głupia, gruba, do niczego się nie nadaję itd. I to miało na mnie taki wpływ – jestem niepewna siebie, nie potrafię nawiązywać relacji z innymi itd.”. A mama słucha, siedzi zszokowana i szczerze zdziwiona: „Ależ dzieciaku, o czym ty mówisz! Przecież całe życie dla ciebie poświęciłam.” Ci rodzice wcale nie chcieli dziecku zrobić krzywdy. Zachowywali się tak przez brak wiedzy, wyobraźni, czasami czasu.

– I w konsekwencji dziecko idzie w świat z przekonaniem: „Jesteś niewystarczająco dobre”?

– Dokładnie tak. Kiedyś usłyszałam zdanie: „Ludzie dają tyle, ile mają i co mają”. Więc my dostaliśmy od rodziców to, co oni mieli w kieszeniach. I zdarza się, że dostajemy naprawdę niewiele. Czasami w domach była taka emocjonalna bieda, takie bankructwo miłości, że trafiały się nam okruchy. Tylko że dziecko, które dostaje tak mało, myśli: „Moja wina, coś jest ze mną nie tak. Mama, tata mnie nie kocha”.

Przykład: mama wraca z pracy zmęczona, zaczyna gotować obiad. Córeczka czy synek do niej podbiega, chce się przytulać, bawić – jeszcze jest tym niewinnym diamentem, pełnym miłości bezwarunkowej. I pragnie dla siebie tego samego. I tu powstaje problem. Bo to dziecko jeszcze pamięta dużo, a rodzice pamiętają niewiele, obydwie strony obracają inną walutą miłości. I mama, która odwraca się do malca plecami, wcale nie jest niemiła, po prostu musi obrać warzywa na zupę. Ale on czuje się odrzucony, rozumie jedno – „moja wina”. A kiedy doda sobie do tego poczucia emocje, które w nim wywołują inne wydarzenia wokół, wyrasta w poczuciu, że jest niewystarczająco dobre. I że to jego wina.

Jaką można opowiedzieć mu bajkę?: „Kochanie, to nie jest twoja wina. Mama i tata cię kochają, ale dają ci tylko tyle, ile mają. Czasami wyskrobują ostatnie groszaki z kieszeni. Czasami mają dla ciebie tylko obelgi i przemoc, bo było to jedyne, co mieli, gdy ty się w ich życiu pojawiłeś”.

Maria Chyła: dziecko wystarczająco zdolne

– Najsmutniejsza bajka, jaką w życiu słyszałam.

– Bo to bajka dla dorosłych. Ale warto ją poznać, bo dzięki temu lepiej zrozumiemy swoich rodziców i mamy szansę na to, by przestać się obwiniać. Lepiej też zrozumiemy swoje dzieci. A przynajmniej zrobimy pierwszy krok w tym kierunku. Zresztą jeśli mówimy o kurzu życia, który się przylepia, gasząc od dzieciństwa nasze światło, to nie sposób nie wspomnieć o szkole.

Przypomnijmy sobie czas, kiedy chodziliśmy do podstawówki, potem do liceum, na studia. Co się działo, kiedy nam coś nie wyszło? Większość z nas słyszała: „Pała, siadaj, głąbie…”. Czy zdarzyło ci się, żeby któryś z nauczycieli zamiast karać, chciał się tobą zająć i ci pomóc?

– Zdarzyło. Może dwa razy.

– Mnie przez wszystkie te lata, kiedy się uczyłam w Polsce, nigdy. Ale uczęszczałam też na studia w USA. Jak dziś pamiętam ten dzień – nie wyszło mi wypracowanie. Mówiąc bardziej dosadnie, ściągałam z internetu. Nauczycielka usiadła naprzeciwko mnie i zamiast zrobić mi awanturę, zapytała, w czym może mi pomóc, żebym napisała tę pracę lepiej. Powiedziała, że wierzy, że mogę i potrafię to zrobić.

Byłam czerwona jak burak. Nie wiedziałam, gdzie oczy podziać. Wysłuchałam wszystkich jej wskazówek, postarałam się napisać wypracowanie najlepiej, jak tylko potrafiłam. I dostałam piątkę. Popłakałam się wtedy. Pierwsza od lat osoba, która dostrzegła pod tymi wszystkimi chusteczkami diament.

– Myślisz, że gdybyśmy od dzieciństwa byli traktowani w taki sposób – ze zrozumieniem, życzliwością, otwartością – to wyrastalibyśmy na innych ludzi?

– Tak myślę. Bo w zależności od tego, z jakim podejściem, wzorcem mieliśmy do czynienia w dzieciństwie, taką matrycę nosimy wewnątrz w sercu i tak traktujemy samych siebie. Jeśli przez lata byliśmy karceni za przewinienia, to kiedy coś nam w życiu nie wyjdzie, nasz wewnętrzny krytyk sprawi nam niezły łomot. Byłam ofiarą takiej wewnętrznej przemocy i wiem, jak to boli.

Moja szklanka była pełna tego, że jestem gównem i śmieciem i zgniję pod mostem. Miałam tak zakorzeniony wzorzec z dzieciństwa, że do tej pory, każdego dnia, muszę na nowo sobie przypominać, że ja pod tym mostem wcale nie muszę zgnić. Nadal w trudnych momentach, kiedy życie rzuca mnie na deski, muszę dokonać ogromnego wysiłku, żeby siebie, swoje poczucie, że jestem cudem, obronić.

W moim przypadku do pierwszego „gluta” z dzieciństwa pt. „Jesteś niewystarczająco dobra” doszedł drugi: „Ty już tak dużo wiesz, przeczytałaś tyle książek, tyle kursów skończyłaś, pomagasz ludziom, więc sama już nie masz prawa upaść”. I te dwa przekonania razem tworzą mieszankę wybuchową.

Jak padam, to oczywiście powinnam objąć siebie z miłością i powiedzieć: „Hej, Kochanie, ja cię podniosę. Kocham cię zawsze. Opowiedz mi, dlaczego ci się to przydarzyło. Co możemy zrobić, żebyś drugi raz nie upadła?”. Ale wcale nie jest to moja pierwsza myśl. Bo pierwszy zawsze leci mój wewnętrzny krytyk z baseballem: „Jak mogłaś! Nikomu się nie przyznawaj (a to często słyszymy w domu, prawda? Nic nikomu nie mów, to są nasze sprawy…). Wstawaj i żeby mi to było ostatni raz”. Cały czas uczę się, jak go powstrzymać, jak nie robić sobie samej krzywdy.

Dlatego do dzisiaj mówię o sobie, że jestem „przyjaciółką w drodze”, bo choć „odkrywaniem” zajmuję się od tylu lat, nadal muszę sobie przypominać i wciąż na nowo odkrywać, że jestem cudem. I wciąż powtarzam prawdę o tym podnoszeniu siebie, o pokochaniu siebie, bo wiem, jakie to trudne. Ale wiem też, że warto i można się tego nauczyć.

Nasze zapomnienie o tym, że jesteśmy cudem, bywa naprawdę głębokie. Czasami znajdujemy się pod toną „chusteczek” i mamy „pokrywkę na szklance” twardą jak kamień. Ale jest i dobra wiadomość – nasza pamięć zawsze jest głębsza. Tylko nie puka do nas i nie mówi: „Hej, przypomnij sobie, że jesteś cudem”.

Czujemy za to czasami pojawiający się niespodziewany niepokój, pustkę, niemoc, jakiś ciężar na sercu. To jest właśnie ta niezgoda na to, że my w te chusteczki, te przyklejone czyjeś przekonania, uwierzyliśmy. Ale nawet jeśli po drodze spotkamy setki osób, które nam powiedzą, że jesteśmy popsuci – nie damy się. Bo pamięć o diamencie mamy w sobie. Nikt nam jej nie odbierze.

– Przypomnij nam: jak siebie podnieść? Skąd brać do tego siłę?

– Ta siła jest w nas. Nawet jeśli leżymy powaleni na deskach, przywaleni życiem – mamy zasoby, żeby siebie podnieść. Musimy sobie tylko o tym przypomnieć. Jeśli mamy trudne doświadczenia z dzieciństwa i zadomowionego wewnętrznego krytyka, to musimy w to sporo wysiłku włożyć.

Ale uwierzmy – każdy z nas ma w sobie tę siłę! Skąd to wiem? Bo gdybym przyszła do ciebie zdruzgotana i zaczęła siebie oskarżać: „Wiesz, co ja narobiłam? Jestem beznadziejna, znowu zawaliłam itd.” Ty znalazłabyś tysiące sposobów na to, żeby mnie podnieść. Choćbyś była nie wiem jak zmęczona, wiedziałabyś, co mi powiedzieć, jak mnie przytulić. Poleciłabyś mi, do kogo iść po pomoc, co przeczytać i kogo posłuchać. Więc wiem, że ta moc jest w nas. Tylko dajemy ją innym, nie sobie…

Jak pisze terapeuta John Bradshaw w książce „Powrót do swojego wewnętrznego domu” (znakomita książka do pracy z wewnętrznym dzieckiem): Nigdy nie mów sobie, że nie masz siły czy mocy. Bo to nieprawda. Ty ją masz. Tak jak silna jest twoja depresja, tak silna jest twoja siła. Tak jak silna jest twoja agresja, tak silna jest twoja siła. Tak jak silna jest twoja niemoc, tak silna jest twoja siła. Tak jak silna jest twoja niewiara, tak silna jest twoja siła.

Tylko że ta siła jest skierowana nie w tę stronę, co trzeba. Masz w sobie wojnę domową. Potrafisz siebie skarcić z taką siłą, że gdybyś użył tej siły na kochanie siebie, wstałbyś w sekundę. Jedyne, co potrzebujesz zrobić, to odwrócić się do siebie przodem.

– Jak to zrobić? Jak ugasić tę wewnętrzną wojnę domową?

– Przede wszystkim uświadomić sobie, że ona się toczy. Zdać sprawę z tego, co sami sobie robimy. I przypomnieć, że wcale nie musi tak być. Że atakowanie siebie nic nam nie daje, oprócz większego cierpienia i bólu. Że to nas nie podnosi, nie uczy więcej, nie pomaga wstać po raz kolejny, tylko podcina skrzydła i gwarantuje kolejny upadek.

I to wcale nie jest równoznaczne z brakiem odpowiedzialności za swoje czyny – bo czasem ludzie tak odbierają moje słowa. Nie! My chcemy wziąć odpowiedzialność, wyciągnąć naukę z tego, co nam się przydarzyło, ale bez kopania siebie. Zamiast oskarżać siebie: „Jak mogłaś sobie na to pozwolić? Dlaczego znowu to zrobiłaś?”, zadajmy sobie te pytania inaczej: „Jak mogłaś sobie na to pozwolić, Kochanie? Opowiedz mi o tym, dlaczego, Kochanie.” Mówmy do siebie z miłością, bo tylko miłość otwiera.

Często unikamy tego, bo myślimy, że jeśli będziemy siebie tak traktować, to staniemy się dla siebie zbyt łagodni, słabi. Ale to nieprawda. To właśnie miłość jest naszą największą siłą. Mówmy też z miłością do naszych dzieci – dbajmy, aby woda w ich szklankach była jak najdłużej czysta. Pomagajmy ciepłym słowem, troską ocierać z nich kurz życia. I przypominajmy sobie, że każdy z nas nosi w sobie wewnętrzne dziecko i jest cudem do odkrycia, a nie problemem do naprawienia.

*Więcej o metodzie Eweliny Stępnickiej „Odkrywanie”: o tym, w jaki sposób wydostać się z piwnicy naszych lęków, zakazów, nakazów, przekonania, że coś jest z nami nie tak, jak trafić na salony życia, co to znaczy, żeby stawiać się do życia, przeczytacie w kolejnym wywiadzie: „Przyjaciółka w drodze”.

Najnowsze artykuły